sobota, 17 września 2016

Rozdział 17

             Szczerze nie spodziewałam się takiej furii po Jeff'ie. Szczególnie, że był moi dobrym kumplem, nie powinnam mieć jakichkolwiek wątpliwości o własne życie. Z chwili na chwilę trafiłam świadomość z braku tlenu, bo szal zaciskał się coraz to bardziej wokół mojej szyi. Starałam się jakoś ratować wpychając dłonie za materiał, lecz było tam już za ciasno. Czym prędzej złapałam się za bluzę Jeff'a próbując dać mu do zrozumienia, że ledwo żyje. Jedyne co zrobił to uniósł mnie jak wisielca, co sprawiło mi jeszcze gorszy ból, kilka łez ściekło mi po policzku, skóra zbladła, bo krew odpłynęła... Kilka kropel bordowej cieczy wypłynęło mi z kącika ust. W jego oczach mogłam dojrzeć tylko ogień nienawiści jak u dzikiego zwierzęcia. Jedyne co mi pozostało to łapczywe łapanie powierza. Na szczęście po tych niemiłosiernie długich chwilach ktoś odciągnął tego oszołoma z wielkim oporem z jego strony. Hoody i Masky odciągneli go za ramiona na bezpieczną odległość. Nikt nie stał przy mnie, potrzebowałam dłuższej chwili żeby dojść do siebie. W końcu stałam ze opuszczoną głową tyko po to żeby za chwilę odsłonić zawadiacki uśmiech. Jeff pożerał mnie wzrokiem.
- Spotkałam się z nim... - wychrypiałam, lecz po chwili musiałam się bronić.
Chwyciłam miecz o złotej klindze z nad kominka i oddałam kilka ataków noża mojego przeciwnika. Nic nie mówił za to jego oczy...
- Jeff! Co w ciebie wystąpiło?! - krzyczał Masky
- Macie się zamknąć i nie przeszkadzać!!! To sprawa miedzy nami!!! - darł się jak opętany po czym nastała cisza, którą przerywały piski ostrzy.
- SPOKÓJ SIE!!!
- JAK?! - gdy próbował się zamachnąć udało mi się go kopnąć w brzuch i zwiać na piętro.
Wbiegłam do swojego pokoju i zatrzasnęłam drzwi, chwilę potem oparłam się o nie głośno wzdychając. Nie zdarzyłam przetrzeć czoła z kropli potu, bo ktoś do moich drzwi szaleńczo się dobijał.
- NATYCHMIAST OTWIERAJ!!! JA I TAK TAM WEJDĘ!!! - nie słuchałam dłużej, bo wiedziałam, że Jeff wyważy drzwi prędzej czy później.
Otworzyłam okno, a sama schowałam się do szafy. Liczyłam na to, że Jeff pod wpływem furii wpadnie w moją pułapkę. Tak jak myślałam wyważył drzwi, wbiegł do pokoju i zasugerowany otwartym oknem wybiegł na dach krzycząc coś. Wykorzystałam szansę i zamknęłam okno. Zastukałam w nie kilkakrotnie, by uświadomić go co się stało. Przez bite trzy godziny dobijał się, ale w końcu odpuścił dając znak, że będzie spokojny. Pozostała kwestia tego czy mu ufać... Wyszłam do niego na dach było tam nieco więcej prywatności.
- Skąd ta furia? - zaczęłam trochę niepewnie patrząc na czarnowłosego chwającegi twarz w kolanach.
- Czy ja wiem... - zaczął po dłuższej ciszy- wróciły wspomnienia, które wymazałem...
- Wiedziałeś, że Liu żyje?
- N-nie...
- On szukał Cię... Jest gotowy Ci wybaczyć - na te słowa Jeff zerwał się na zrobił groźną minę
- Ej... Ja nie oceniam co zrobiłeś, ale po czymś takim się wybacza. Nie jestem najlepszą osobą w doradzaniu, ale fajnie byłoby spotkać się z osobą, która naprawdę Cię kocha.
- Kocha? - prychnął obłąkańczo i popatrzył na mnie smutnym wzrokiem - nie pamiętam co to znaczy.
Oparłam się o jego ramię i siedzieliśmy tak przeszło godzinę, dopóki nie zaczęło kropić.
- Nie wiem co mogę Ci powiedzieć. Skoro on żyje to wasze spotkanie jest nie uniknione.
- Niby tak. - mruknął zrezygnowany. - Nie zostawisz mnie z nim sam na sam... Prawda? To będzie cholernie dziwne, w końcu chciałem go zabić. - zaśmiał się.
- Będę z tobą, spoko. - oparłam się o ścianę przy jego pokóju, postanowiłam go odprowadzić. Był cholernie zdołowany.
- Jesteś walnięty Jeff. - poczochrałam mu włosy po części patrząc na niego jak na normalnego nastolatka, tylko nieco zagubionego.
- Szalone słowa kobieto, szalone słowa. - westchnął oboje ciacho się zaśmialiśmy - także ten... Sorry za to wcześniej. Nie chciałem zrobić Ci krzywdy.
- Generalnie to obrywam to od wszyskich nie przejmuj się zbytnio. - popatrzył na mnie głupawo, lekko stukną mnie w ramię i z uśmiechem i kiwaniem głową na bok zniknął w mroku swojego pokoju. Mogę się założyć, że powiedział "wariatka" na pożegnanie. Westchnęłam z ulgą i skierowałam się do Operatora, bo oznajmić mu, że będę szukać rodziców. Zgodził się pod warunkiem, że wrócę w przeciągu miesiąca i się nie wygadam. Przeszedł po mnie dreszcz podniecenia na myśl o spotkaniu z rodziną. Wyjazd ustaliła kilka dni po spotkaniu Jeffa i Liu.
Z kuchni z tajnej skrytki wyciągnęłam dwie butelki wina i zajrzałam do swojego pokoju. Już byłam tak blisko, ale nie... Pod drzwiami czatował Helen.
- Dawno się nie widzieliśmy. - mruknął tak jakby nie chciał kogoś obudzić. - Masz zamiar sama to wypić?
- A kto mi zabroni?  - rzuciłam sucho
- Co to za ton?
- Jestem zła na was... Jak mogliście mnie zostawić samą z tymi wariatkami w lesie?! - krzyknęłam - Przepuść mnie Helen, mam plany.
- Ty i wino. Na pewno będzie wesoło. - stał się nieco uszczypliwy.
- Tak.
- Mała co z tobą?! Serio myślisz, że zostawiłem Cię tam zdanął samą na siebie?? - pociągnął mnie za ramię do swojego pokoju prześwitlonego poświatą księżyca. Poszłam za nim bezwładnie.
- To jak niby było.
- Twój Romeo nie kiwnął palcem. - mówił zamykając drzwi na klucz na co zmarszczyłam brwi, ale nic nie powiedziałam.
Sam stanął przede mną, tak, że blask księżyca oświetlał jego ciało od szyi w dół. Zaczął powoli rozpinać białą koszulę jednocześnie ukazując jego boski, blady tors i głęboka, podłużną i niezwykle świeżą ranę.
- Przewróciłeś się? - zaśmiałam się otwierając wino i sporo łyknęłam z gwinta. Było dość mocne.
- To moja kara od Operatora. - spojrzałam na niego pytająco. - w skrócie, zabiłem pierwszą dziewczynę, gdy ta uciekała z plecakiem. - w chwili gdy to mówił zdołałam pochłonąć blisko pół butelki trunku.
- I za to dostałeś?
- Zlany jego macką. - zaśmiał się jednocześnie zabierając mi butelkę zamaszystym rychem. Przymknął na chwilę oczy i wypił drugie pół wina. Zachwiał się lekko i zapiął niezupełnie koszulę.
- Nie przetrawię tego bez czegoś dużo mocniejszego.- chwilę potem w ciszy oboje wypiliśmy po pół litra Whisky ze schowka Paintera. Popijaliśmy to drugim winem, gdy oboje byliśmy już mocno wstawieni.
- To mówisz, że Cię zlał za pomoc mi. - powiedziałam to powoli, żeby nie bełkotać.
- Mhm... - przytaknął i siadł za mną. Opieraliśmy się o jego łóżko na podłodze. Objął mnie, a nosem wodził po szyi.
- Dlaczego to zrobiłeś?
- A jak myślisz głupia...
- Nie przeszło Ci?
- Ani trochę...
- Po co była na cała drama z tymi Igrzyskami?
- A nie wiem... Może mu się nudziło...
Z każdym wypowiedzianym zdaniem przez niego, jego dłonie coraz odważniej dotykały mojego brzucha czy pleców, jakby masaż. Wiedział, że sprawia mi to przyjemność, bo mruczałam od czasu do czasu z przyjemności.
- A co z Tobą i Toby'm...
- Ymmm... Niby nie jesteśmy razem, ale ciężko mi powiedzieć jak to będzie, nie rozmawiałam z nim jeszcze i szczerze nie mam ochoty.
- Pewnie się pogodzicie. To dobry chłopak w sumie...
- To co robimy tutaj teraz? Hmmm? - zachichotałam odchylając głowę, tak by leżała na jego ramieniu. Patrzyłam w jego zimne oczy przez chwilę, zanim Helen nie splótł naszych ust i delikatnym pocałunku.
- Mówiłeś, że z nim zerwałaś, a zejdzecie się dopiero jutro. Jak dla mnie to jesteś wolna przez tą chwilę. - mówił słodko, na co ja wybuchnęłam śmiechem i szybko odwróciłam się do niego przodem i uklękłam, by patrzeć na niego z góry.
- Dobry jesteś, wiesz? - szpnęłam mu ponętnie - Na jego twarzy pojawił się ogromny, niezwykle rzadki uśmiech. Złapał mnie w talii jednocześnie namiętnie całując. Staracił równowagę i spadliśmy na drzwi głośno w nie uderzając. Po chwili obrał dobry kierunek i spadliśmy na miękkie łóżko.
Oderwałam się od niego i usiadłam mu w kroku. Patrzył na mnie ciekawsko z bardzo zadowoloną miną, gdy rozpinałam mu koszulę.
- A ta akcja z Jeff'em?
- Problemy z jego bratem...
- N-U-D-A - zarechotał jak nie on - powiedz coś ciekawego.
- Jak już się pogodzą to wyjeżdżam na miesiąc, znalazłam swoją rodzinę...
- Aż miesiąc? Żartujesz?!
- Nie przesadzaj... - nachyliłam się nad jego nagą klatką piersiową.
- To bardzo długo - jakby posmutniał, ale szybko wrócił mu wyśmienity humor - jakoś przeżyje jeśli właściwie się pożegnamy.
- Za dużo oczekujesz to tylko pożegnanie - droczyłam się z wyższością.
- No ej! - złapał mnie silnymi dłońmi za uda, aż pisnęłam - to chociaż mi wynagrodź tą karę od Slendiego!
- To dużo lepszy powód - tym razem to ja przejęłam inicjatywę i ugryzłam go w wargę, aż jęknął. Następnie czule ni długo go całowałam najpierw w usta, a następnie w klatce i po ranie. Zataczałam kółeczka językiem, a czasami go podgryzałam rozpalając jego ciało.  Co jakiś czas sapnął, albo jęknął i gładził mnie po włosach. Gdy już miał rozpiąć spodnie rozległo się natarczywe pukanie do jego drzwi. Powoli wstaliśmy, ja zsunęłam się z łóżka i dopiłam wino, a Helen jakby nigdy nic poszedł otworzyć. W wejściu stał Toby.
- Jest tu? - usłyszałam tylko.
Chłopak szybko wszedł i spojrzał na mnie. Był zdruzgotany moim i Otisa stanem.
- Stary! Co ty odpierdalasz?! - wydarł się na niego popychając go dość mocno.
Podszedł do mnie wziął mnie na ręce i bez słowa szybko opuścił pokój, gdzie Helen uśmiechał się pod nosem.
Nie wiem w jakim pokoju byłam, bo trochę się chicholiłam. Zostałam rzucona na łóżko.
- Wyjaśnisz mi! - krzyczał bardzo zbulwersowany. - Jak to wyglądało?! Mój kumpel podwala się do mojej dziewczyny!!
- Przypominam ci - czknęłam i zaczęłam się rozbierać - że zerwałam z tobą! - dokończyłam powoli przy tym wymachując koszulką na palcu.
- Słucham?! - zatkało go na chwilę - byłaś wściekła... - zciszył głos - Ale to nie tak... - rzuciłam mu częścią garderoby w twarz. - wysłuchaj mnie przez chwilę. - podszedł bliżej przykucną i schował swoją głowę w moich nogach - ja wiem... Ale nie skreślaj mnie proszę... Udowodnię Ci...
- Ale mi się lać chce... A ten pajac mnie trzyma i nie mam jak do kibelka iść i się odlać... Generalnie to porażka, bo chyba mówi coś ważnego...
- Daj mi szansę...
- Ale zaraz się zleję...- siedziałam nadal w głębokiej zadumie.
- A-alice... Nie wiem co m-mogę Ci więcej powiedzieć - zająkał się, taki mały tik.
- Czy jeśli się tu wysikam to mnie puści?
- Toby daj mi wyjść - powiedziałam oschle
- C-co? - uniósł głowę z przerażeniem.
- Człowieku lać mi się chce!!!
- Słuchałaś mnie chociaż? - spytał zdołowany
- Ta, ta... - machnęłam na niego ręką wychodząc.
W końcu ulga... Ale co teraz. Jestem tak nawaloma, że nie wrócę. Nie zawiodłam się jednak na Toby'm tym razem stał pod drzwiami, oparty o ścianę. Spojrzał tylko. Poleciałam mu na bok śmiejąc się.
- Nie znoszę kiedy jesteś nachlana... - zdenerwował się, jednocześnie odsunął się na bok przez co zaliczyłam solidną randkę z podłogą. Dostałam głupawki i rechotałam.
- No chyba mnie tu nie zostawisz.
- A zakład. - jemu nie bardzo było do śmiechu.
- Toby, ja nie wstanę.
- To masz problem, idę do siebie... - powoli odchodził.
- Nara, ja tam mogę mieć każdego - normalne kula w głowę za taki tekst, ale cóż... Pstryknęłam palcami i przetoczyłam się po podłodze. - Helen!! Noc jest nasz!
- Nie wołaj go! - wkurzył się Toby, poderwał mnie z ziemi i wrzucił do jakiegoś pokoju. Zatrzasną drzwi, a ja przylgnęłam do ściany.
- Oooo niee... Słynny morderca... Ticci Toby mnie porwał i zabije... O nieee... - dusiłam się śmiechem, pomiędzy tekstami, które mówiłam niezwykle ponętnie - W łóżku też masz taki fetysz... Do zniewalania dziewczyn?? łuuuuuu... - opadłam na łóżko - no chodź do mnie...
- Blagam zamknij się...
- Chodź tu powiedziałam. - kusiłam go po pijaku.
- P-przestań. - mówił zarzucając kaptur na bladą, poważną twarz.
- To podejdź tu - zaczęłam bawić się włosami - z twarzy... Jakby zmężniałeś, nawet bardzo... To takie podniecające! - zapiszczałam nacisnąć nogami.
Chłopak bez słowa założył gogle i chustę i wyszedł. Najlepsze było to, że zamknął mnie na klucz.
Zasnęłam i obudził mnie kilka godzin później odruch wymiotny. Zastanawiałam się czy Helen też żyga jak kot. Doprowadziłam się do porządku, w końcu byłam trzeźwa i aż zrobiłam facepalma na myśl co zrobiłam.
- Co jest... - przetarł oczu Toby bardzo zaspany, najwidoczniej wrócił jak spałam. Światło z łazienki go obudziło.
- Yhhhh nic... - położyłam się z powrotem obok niego bardzo niepewnie i daleko.
- Czego się odsunęłaś? - spytał po chwili
- .... - milczałam
- Ej... Wstał i zapalił małą lampkę - był cały we krwi, a gogle i chusta zawieszone były na szyi. Przestraszyłam się chyba najbardziej tej krwi... Nie uświadomiłam sobie chyba, że on zabija... Obiera ludziom życia. To takie dziwne tak mieszkać z tymi ludźmi i nie znać do końca sensu ich życia. Uderzyło to we mnie dopiero jak obudziłam się koło własnego chłopaka umorusanego czyjąś krwią. Ja nie wiem... Nic... O nim... Boże...
Bez słowa wstałam i wstrząśnięta swoją głupotą i niewiedzą chciałam wyjść. W ostatniej chwili Toby złapał mnie za rękę i pociągnął lekko.
- Co Ci jest...
- Zapomnijmy o tym wszystkim co było.
- Jak to.... - przestraszył się
- Nie Toby! Nie tak... Zapomnijmy o tych Igrzyskach i wgl to co się stało od wtedy...
- Ja... - zatkało go, ale uświadomiłam sobie, że muszę wiedzieć co to znaczy być z kimś kto zabija i czy dam sobie z tym radę - Dziękuję... - przytulił się do mojego brzucha, potem się położyliśmy i zasneliśmy.
Wstałam pierwsza i zeszłam do gromady na dół. Jeff włączył głośno muzykę u mieszał herbatę w szklance specjalnie obijając o brzegi. Niefortunnie wpłynęło to majego kaca. Ale to nie było dla mnie... Tylko dla leżącego na stole Helena błagającego o litość. Poklepałam go po plecach pocieszającego.
- Co się wczoraj stało... - jęknął.
- I dlaczego mnie tam nie było!! - wył Jeff tłukąc o stół.
- Stary... Więcej z Tobą nie piję. - zaśmiałam się.
- Co odwaliliśmy.
- Serio nie pamiętasz? - zdziwiłam się.
- Nie...
- Lżej będzie w niewiedzy. - wychrypiałam i wyłączyłam wieże oraz wypił kawę Jeff'a.
Bliżej wieczoru proxy zbierali się na misję. Nie obyło się bez przepychanek.
- Gdzie jest mój topór, leżał w przedpokoju.
- Weź mi lepiej powiedz gdzie jest moja maska!
- Powiem jak znajdę swoje narzędzie pracy.
- Zabrałeś mi ją??
- Weźcie się zamknijcie! - krzyknął Hoody z toalety. - Dajcie mi się załatwić w spokoju.
Zawsze tak było jak czekał ich ciężki wieczór. W milczeniu założyłam buty i czekałam w drzwiach na morderców, którzy przyszli pięknie wystrojeni do pracy.
- Wychodzisz? M-mamy cię gdzieś podwieźć? - spytał Hoody machając kluczykami od auta. Cała trójka wyszła już z domu i szła do auta.
- Mogę się zabrać z wami? - wypaliłam lekko zawstydzona.
Chłopcy stanęli jak wryci i powoli się odwrócili. Trzeba było im przyznać, że wyglądali razem tak groźnie, aż przeszły mnie ciarki, a w gardle jakby stanęło mi serce. - To znaczy... - wycofywałam się.
- Jasne wsiadaj - machnął na mnie Hoody.
- Ale! - sprzeciwili się Masky i Toby jednocześnie.
- Oj chłopaki niech dziewczyna zobaczy co i jak.
W cieczy wsiedliśmy do samochodu i jechaliśmy jakiś czas. Masky patrzył cały czas przez okno, a Hoody i Toby nerwowo stukali palcami o kierownicę lub topór. Czułam się lekko podenerwrwowana ciszą. Napięcie wisiało w powietrzu. Spojrzałam ukratkiem na Toby'ego, był zamyślony nas czymś.
- No A-alice co Cię wzięło, żeby pojechać z nami? - przerwał ciszę Brian. Toby też się odwrócił się w moją stronę z obojętną miną.
- Czy ja wiem, mogłabym się przyzwyczaić - przyciszyłam głos mówiąc ostatnie słowo - może czegoś nauczyć.
- Tak, na pewno MY możemy nauczyć czegokolwiek Shadow. - burknął Masky.
- Jaką znowu Shadow?! - zdenerwowałam się.
- No tak... Nie pamiętasz nie ważne.
Dalszą drogę pokonaliśmy w ciszy. Wyglądało to tak, jakby podczas misji wpadali w trans. Byli bardzo agresywni, no cóż przecież to mordercy.
Chwilę potem zatrzymaliśmy się na jakimś osiedlu, a dokładniej z kilometr od niego w lasku. Przez całą drogę trwała cisza. W sumie to zastanawiało mnie to czemu, przecież zawsze są weseli i pogodni. Może wpadają w jakiś trans...
Za kiwnięciem głowy mordercy rozeszli się w trzy różne strony, Toby szturchnął mnie w bok dając znać, że idę z nim. Weszliśmy na murowany płot i czekaliśmy. Nagle niezwykle szybko dostał się na dach domu po drzewach. Zapewne wiedział o alarmach i kamerach w posiadłości. Miałam powtórzyć to co on, ale chłopak zatrzymał mnie gestem. Następnie doczekał chwilę i zaczął odliczyć od trzech na palcach i mnie przywołał. Całkiem nieźle mi szło dopóki nie osunęła mi się noga i nie spadłam konar niżej na brzuch. Jęknęłam z bólu, co spowodowało, że Ticci się zerwał. Prawdopodobnie dla tego, żeby sprawdzić czy nie wpadłam na alarm albo czujnik. Niestety nie mogłam iść dalej i dopiero, kiedy chłopak mi pozwolił zbliżałam się w jego stronę nieco niezgrabnie, ale w końcu się udało. Uświadomiłam sobie, że bardzo go spowalniam. Nie czekał ani chwili dłużej i wskoczył do domu przez komin. Zsunął się nim i tyle go widziałam. Ja trochę się rozejrzałam się i znalazłam wejście przez wentylację. Dość szybko go znalazłam kiedy jeszcze się wytrzepywał z sadzy.
Weszliśmy do pierwszego pokoju. Spało tam małżeństwo. Toby nawet się nie zakradał zamachnął się z całej siły siekierą i wbił ją opasłemu facetowi w twarz m krew szybko rozbryzła się pokoju w jednej chwili, budząc ściany, meble, a nawet sufit. Morderca... Powtórzył czynność kilkakrotnie, a tym czasie kobieta zaczynała się budzić. Flaki i część mózgu przylepiła się do ściany... Cofnęłam się kilka kroków i dostrzegłam jak oko i jelito cienkie powoli wypływają ze swoich miejsc. Toby jakby wpadł w trans... Nie przestawał wymachiwać i rżnąć ciała. Był jakby opętany. Miałam wrażenie, że to sen i tylko jestem w nim obserwatorem. Na ziemię sprowadził mnie odór krwi i sama nie wiem czego. Sama nie wiedziałam co mam myśleć, łapczywie złapałam powietrzne.  Trzymałam się za serce, które mało nie wyskoczyło z piersi. Chciałam powstrzymać go, błagać żeby przestał, ale bałam się. Nie poznawałam go. Nie mogłam drgnąć tak jak i kobieta, żona ofiary schowana w kącie. Ostrze siekiery migało mi przed oczami bardzo szybko. Góra-dół-góra-dół. I w kółko rozbryzgiwana krew. Zrobiło mi się trochę słabo. Nagle chłopak przerwał, wyrwał siekierę z ciała mężczyzny,wskoczył na łóżko i rzucił topór w kobietę. Nieszczęście dla niej trafił w pierś i biedaczka okropnie cierpiała spoglądając w oczy samej śmierci w postaci mordercy Ticci Toby'ego. To były najdłuższe minuty mojego życia. Chłopak powtórzył wszystkie czynności, to znaczy jedną... Równie z wielką nienawiścią i zaangażowanie, wyżywał się na kobiecie wybijając w nią tępe ostrze. Krzyknęła z dwa razy, a potem... cisza... Mimo to dochodziły do mnie odgłosy wbijania ostrza w ciało. Ten obrzydliwy dźwięk... Zaplotłam ręce na piersi, byłam przerażona agresją Toby'ego był straszenie nakręcony. W końcu wysoko uniósł siekierę i odciął sprawnym ruchem głowę blondynki. Ta potoczyła się pod moje nogi, nagle odzyskałam sprawność i czucie i odskoczyłam głośno dysząc. Toby chwilę stał do mnie tyłem nerwow machając siekierą. Nerwową ciszę przerywały moje nieregularne oddechy, miałam wrażenie, że teraz żucia się i na mnie.
Z hukiem chłopak rzucił siekierą o ścianę jedną i drugą. Następnie walnął pięścią o ścianę i wskoczył i zeskoczył z łóżka. Najwidoczniej musiał się wylądować.
- Czego tak głośno oddychasz?! - zwrócił się do mnie zeskakując z łóżka. - Był zbyt nabuzowany, żebym mogła odczytać jego emocje. Przestraszyłam się, gdy podchodził i cofnęłam się maksymalnie do ściany. On natomiast naparł na mnie swoim ciałem i brutalnie mnie pocałować, co bolało. Odsunął się  powoli patrząc mi w oczy. Jego oddech wyrównał się... Zobaczył chyba mój strach w oczach, bo tym razem ponownie to zrobił lecz delikatniej.
- Chyba się mnie nie boisz? - wyszeptał szukając odpowiedzi w mojej twarzy.
- Nie - skłamał, prawie niesłysznie.
Do naszych uszu dobiegła cicha muzyka. Jak się okazało dźwięk dobiegał z piwnicy. Syn właścicieli jakże bogatej posiadłości wyprawił niezłą imprezę.
- Miało go nie być... Psuje mi plany - mruknął pod nosem Toby i zasłonił mnie plecami gdy weszliśmy do pomieszczenia. Imprezowicze nie zdążyli okazać niezadowolenia z przybycia nowego gościa, bo w ich ciałach były już rany śmiertelne. I znowu ten trans. KAżde ciało oberwało kilkakrotnie, wnętrzności były wszędzie. Jedna z ofiar przyczołgała się do mnie i błaganiem o pomoc złapała mnie za kostkę. Nie trwało to długo, bo Toby zmierzył mu głowę butem. Nie wytrzymałam obrzydzenia i stresu i chwilę potem wymiotowałam i płakałam. Ktoś unosił mi włosy i stał nade mną póki nie skończę. Z płaczem usunęła się na ziemię. Toby kucnął przy mnie.
- Co się stało? - spytał czule mnie głaszcząc.
- To dla mnie za dużo... - płakałam.
Umyłam zęby pastą i buzię i przytuliłam się do chłopaka... Znów był.cały we krwi, czułam się bardzo niepewnie.
- Spokojnie, już po wszykim... Na dzisiaj koniec.
- Ale to nie ostani raz - szlochałam.
- Przyzwyczaisz się. - dokończył spokojnie i pocałował mnie w czoło.
Tym razem pobiłam się z Maskym o miejsc z przodu i uwaga... Znowu przegrałam... W drogę powrotną proxy byli tacy jak zawsze nie bardzo rozumiem wpływ morderstw na nich powinno być odwrotnie! A ci śmiali się i chwalili wyczynami z wieczoru.
   Ostatecznie Liu zamieszkał w rezydencji. Jak do tego doszło? Bałam się, że Jeff zaatakuje brata i zrobiłam mu rentgen. Okazało się, że jest chodzącą zbrojownią... Więc w trosce o życie Liu...
- Jeff rozbieraj się - nakazałam po długich oporach wygrałam... Cóż zdarłam ciuchy z Jeff'a. I poszedł na spotkanie z bratem z spodniach. To samo zrobiłam z Liu i jak się okazało nie bez powodu są braćmi! Cwaniaczek miał paręnaście noży! Więc i on poszedł na spotkanie półnagi.
Nie było wesoło od razu zaczęli na siebie krzyczeć... Pobili się... Nie przeszkadzałam im, a gdy Liu znokałtował Jeff'a siłą rzeczy musiał pomóc mi go zanieść do Rezydencji. Jakoś udało mi się ich pogodzić i no najbardziej zaskakujące oni płakali... Widać, że się stęsknili. Najważniejsze, że spróbują żyć razem od nowa. Mieli sobie dużo do wyjaśnienia.
Wróciłam do swojego pokoju, żeby spakować się do podróży. Wyobrażałam sobie scenariusze spotkania z rodziną, aż zrobiło mi się ciepło, nawet nie przeszło mi przez myśl jak otworzy mi oczy przyszłość i jako kto powrócę...

------------------------------------------------------------

Nooo przed nami największa tajemnica od początku serii, rozwiąże się w przeciągu dwóch rozdziałów. Będzie jazda!
Przepraszam za błędy :p
Jak się podobało?
Pozdrawiam Ola ❤

piątek, 16 września 2016

Rozdział 16

             Czułam się jak tułacz, poszukujący celu w życiu. Spowolniłam kroku, a stopy mozolnie ocierały się o ziemię. Czułam się niesamowicie zagubiona w tej sytuacji. Po pierwsze do osiągnęłam swojego celu nie dowiedziałam się kim jestem i ewentualnie do kogo mogę się udać z prośbą o pomoc. Nie mam przecież rodziny i przyjaciół, poza
-Gdybym chociaż wiedziała po co tam mieszkam! Czy do czego konkretnie jestem potrzebna! - walczyłam z myślami łapiąc się za głowę.
Całkowicie straciłam poczucie czasu, miałam ogromną ochotę usiąść gdzieś i jedynie pooddychać. Zrobiłam tak od razu, kiedy dotarłam do miasta, a właściwie jego przedmieście i miałam okazję wyciszyć się na ławce w parku. Padłam na nią niedbale, mogąc z ulgą wyciągnąć nogi, nie bardzo przejmowałam się bólem napinając mięśnie. Mimo późnej pory kręciło się tu mnóstwo ludzi.
- Ciekawe jaki mamy dzień tygodnia- mruknęłam pod nosem jednocześnie krzyżując ręce na piersi i zamykając oczy.Nie przejmowałam się zbędnymi gapiami, którzy mogli pomyśleć ze wyrwałam się z wojska. W przeciągu całego czasu nadeszła chwila, kiedy mogłam odpocząć, niestety kiedy próbuję zasnąć do głowy przychodzą mi absurdalne myśli. Baz sensownie zaczęłam myśleć o Toby'm. Gdy jego imię przeszło mi przez głowę poczułam niesamowitą wściekłość. Zostawił mnie na pastwę losu, bo bał się Operatora?! Zaczęłam się zastanawiać na ile ten nasz związek jest poważny i czy jak najszybciej go nie zakończyć. Miałam wystarczająco dużo problemów, więc nie bardzo miałam czas uganiać się jeszcze za chłopakiem! Poza tym co z resztą? Tęż są skorumpowani, przez Slendera... może nie mam się po co opierać... co oznaczałoby zamieszkanie z nimi, z także zabijanie, którego bałam się jak ognia. A oni, potrafią tylko zabijać! Z czasem zapadłam w lekki sen gdzie miałam urywki z życia szkolnego oraz z domu.
Siedziałam tam na toalecie, miałam widok na swoje ręce, w prawej trzymałam żyletkę i cięłam nią prawą wzdłuż, a nie w poprzek. Krew mocno ściekała, a ja zaciskałam wargi. Nie dowiedziałam się dlaczego to robię, ale to było przyczyną, dlaczego w szkole mi dokuczali. jakaś blondynka zauważyła mnie kiedyś i zrobiła mi zdjęcia, generalnie to wieść rozniosła się szybko.
Z tych koszmarów obudziło mnie szturchnięcie, obudziłam się z ciarkami zapewne z zimna. Obok mnie siedział wysoki i dobrze zbudowany chłopak o jasno brązowych włosach i zielonych oczach takich jak moje. Wyróżniał się poharataną twarzą, pełną blizn, dodawały mu lat. To dzieło skojarzyło mi się od razu z Jeff'em, szczególnie wycięty uśmiech na jego ustach, brakowało mu tylko wypalonych powiek. Po chwili patrzenia na siebie w niezręcznej ciszy, przedstawił się.
- Mam na imię Liu, dlaczego tu siedzisz Alice i to w takim stanie?
- Wybacz Liu , ale mogę Cię nie pamiętać, od kilku miesięcy nie pamiętam niczego.
- Cóż...wiem o tym, ale nie poznałaś mnie jeszcze...
- Jak to? - wzburzyłam się lekko
- Powiem Ci wszytko prosto z mostu, przynajmniej wysłuchaj mnie do końca... postarasz się?
- Błagam Cię, nie dokładaj mi wrażeń. - mruknęłam obojętnie.
- To niezbyt długa historia - usprawiedliwił się, pokiwałam tylko głową, że akceptuję warunki - zobaczyłem Cię pewnego dnia, dziwnie ubraną i dobitą w jakimś nocnym klubie kawałek z tond. Bawiłaś się jak każda inna dziewczyna, napiłaś się i wszytko z tobą było dobrze, przeciętna dziewczyna. Kiedy tańczyliśmy, do klubu wpadł pewien koleś w białej bluzie i czarnych spodniach. Był o tyle podejrzany, bo miał twarz szczelnie schowaną w kapturze.pomyślałem, że twój chłopak i już miałem odchodzić, gdy ciągnęłaś mu kaptur na ułamek sekundy. I w tej chwili go zobaczyłem i poznałem to był...
-Jeff...
- Liu na chwilę zamilkł, zamyślił się, ale wznowił opowieść.
- Tak... Jeff the Killer mój starszy braciszek, który jakiś czas temu zabił nam rodziców i próbował zabić i mnie. Odratowano mnie i gdyby nie te blizny potrafiłbym jakoś zapomnieć, wmówić sobie, że nie mam brata, a moi rodzice zmarli w wypadku samochodowym.
Mało nie padłam z wrażeniem, Jeff ma brata. serce waliło mi z podniecenia, dostała dreszczy, a moje ręce trzęsły nie nie spokojnie. Ciężko było mi uwierzyć, w to co zrobił Jeff. Poczułam obrzydzenie i blokadę. Przeszła mi przez myśl przez głowę czy KAŻDY w rezydencji przeżył coś okropnego w życiu , albo zwariował.
- Wracając do...
- Dlaczego on to zrobił?!
- Słucham? - wydał się lekko zdziwiony moim pytaniem i tym, że jestem zaangażowana w jego opowieść. - Sam chciałbym to wiedzieć, zapewne popadł w obłęd po ataku Randy'iego i jego kumpli to oni spalili mu twarz i włosy. - dodał smutno - pamiętam to jak dzisiaj... Boże... pamiętam to jak dzisiaj i żałuję, że... - schował twarz w dłoniach, byłam zszokowana tak nagłą zmianą nastroju, najwidoczniej musiało to być bardzo traumatyczne przeżycie. Położyłam mu dłoń na plechach i pogładziłam je krzepiąco.
- Co się stało to się nie odstanie. Możemy spróbować jakoś to naprawić.
- NO tak... - westchnął, dałam mu kilka minut na uspokojenie.
- Gdy go zobaczyłem myślałem, że rozszarpię tego dupka, ale serce mi zmiękło, nie widziałem go tyle lat... Uznałem Cię za jedyną nadzieję na spotkanie się z nim. Nie myśl, że chcę Cię wykorzystać, po prostu błagam Cię o pomoc.
- Rozumiem...
-Jesteś jego zakładniczką? Albo dziewczyna?
- Nie nie... mieszkamy w domu Slenderman'a... wiesz kto to?
- Mniej więcej... mieszkacie tam we trójkę? - wydał się zaciekawiony.
- Ależ nie, dołączyłam do tego domu... oj tak po części... generalnie to jestem tam ni dawna i staram się jakoś nie zwariować. W domu Slender'a mieszkają mordercy...
- Tacy jak X-virus?
- Kto? Cóż... on chyba nie.. przynajmniej go nie spotkałam.
- A Ticci Toby albo hmmm Eyleless Jack? Nie bardzo znam się na mordercach, kojarzę tych bardziej popularnych w okolicy czy z wiadomości.
- Oni też, ale jest ich o wiele więcej.
- Oh... i oni wszyscy zabijają?
- Niestety... nie wiem co ja tam robię...
- Pewnie bym tam pasował.... -mruknął pod nosem
- T-też zabijasz??
- Ja... no cóż... ja... nie chcę o tym mówić...
-Rozumiem - poczułam niesmak do Liu, liczyła, że spotkałam pomoc, wsparcie...
-Pomożesz mi spotkać się z Jeff'em?
- Ja... postaram się, ale nie mogę wrócić w najbliższym czasie tam, mam na pieńku z Slenderman'em... - opowiedziałam towarzyszowi co mi się przytrafiło dopiero co
- Powinnaś ochłonąć przez najbliższe dni. - podsumował z namysłem - dobrze byłoby też opatrzyć Ci rany i pozwolić Ci wypocząć. Jeśli mi ufasz choć trochę to przyjmij proszę moje zaproszenie. Przenocuję Cię ile będzie trzeba. Wiem jak się czujesz, tęż pozostałem sam na świecie po śmierci moich rodziców, bałem się i byłem bardzo zagubiony... To chyba dobry pomysł - mimo oporów zgodziłam się, bo niby co miałam ze sobą zrobić? Więc, wstaliśmy i kierowaliśmy się w stronę kamienic. Liu nawijał o Jeff'ie, przeważnie mówił o bardzo szczęśliwych chwilach. Niby słuchałam tej gaduły, ale byłam pogrążona we własnych myślach. Trochę patrzyłam na niebo trochę na drzewa, znów udał mi stracić poczucie czasu, akurat była 05;26 gdy spojrzałam na zegar ratusza, a Liu z dużą siłą został odciągnięty w tył i z niesamowitą siłą uderzony w twarz przez napastnika. Szybko zareagowałam, o tyle dobrze, że nie doszło do kolejnych ciosów. Liu leżał na ziemi lekko roztrzęsiony z potokiem krwi z nosa. Nic nie powiedziałam tylko odepchnęłam z całej siły napastnika, który podniósł rękę i na mnie i przywalił mi w lewy piczek, jednak znacznie lżej niż poprzednio mojemu towarzyszowi. Gdy zgięłam się w pół z bólu , ta osoba przyciągnęła mnie do siebie z całej siły i trzymała przy swojej klatce. Miał bardzo nierówny oddech, a serce biło jak szalone. Wzięłam kilka oddechów i poczułam bardzo znajomy mi zapach.
- Toby ty oszołomie!! - wykrzyknęłam próbując się uwolnić, niestety na marne... chłopak był dziesięć razy silniejszy, do tego był pod wpływem gniewu i adrenaliny. To wyjaśniałoby dlaczego mnie uderzył, poza tym umknęło mi, że jest chory przez co czasem jeszcze bardziej się nakręca. Katem oka zauważyłam, że jedna z jego siekier skierowana jest w stronę Liu, który pozbierał się i już był gotów zaatakować. Natomiast Toby mało nie wychodził z siebie, jak nigdy nie ukrywał twarzy, miał tylko kaptur z szarej bluzy z którego sterczały mi kosmyki kasztanowych włosów... oczy go zdradziły... płonęły czystą nienawiścią.
- ODEJDŹ! ZOSTAW JĄ W SPOKOJU! - ryczał Liu
- JAK ŚMIESZ! PRZYSIĘGAM, ŻE CIĘ ZABIJE! POĆWIARTUJĘ! WYRWĘ CI FLAKI!
- NIE BÓJ SIĘ ALICE!
- NIE MASZ PRAWA SIĘ DO NIEJ ODZYWAĆ!- w sumie to kiedyś liczyłam na jakąś scenę zazdrości ze strony Toby'ego, ale dlaczego w takiej chwili... Miałam go gdzieś, albo dosadniej... miałam szczerze wyjebane na tego głupka...
- Słońce nie przejmuj się nim, zaraz wrócimy...
- Nigdzie nie wrócimy, idę z Dave'm. - odparłam szorstko, przy okazji zmieniając imię Liu, żeby go przedwcześnie nie zdradzić.
- S-słucham? - pierwsza fala obłędu opadła
- A-ale... - opuścił siekierę i jakby stracił język w gębie.
- A czego się spodziewałeś! - udało mi się odsunąć od niego na kilka kroków. - Zostawiłeś mnie bo bałeś się GO! mogłam zginąć, a Ty miełeś to w dupie! Jesteś przy mnie tylko wtedy jak Ci się nudzi! Jak mam brać Cię na poważnie?!
-Ja... - nogi mu się ugięły i złapał się za głowę.
- Kto jest dla Ciebie ważniejszy?! - Przestań błagam...
- Postaw się w mojej sytuacji! Co byś ze mną zrobił! Najchętniej zostawiłabym Cię! I właśnie to...
- Ale ja Cię kocham! - wykrzyczał w akcie desperacji.
- Miałeś okazję to udowodnić, a zawiodłeś mnie jak nikt inny!
- Nie miałem wyboru!
- Oczywiście, że miałeś! -ręce mu opadły i nie wiedział co powiedzieć. Odetchnęłam głośno.
- Wrócę do rezydencji za kilka dni, do tej pory chcę mieć spokój.
Odwróciłam się od chłopaka i wraz z Liu odsieliśmy się od Toby'ego, zostawiając wyżywającego się na pobliskich obiektach i krzyczącego w niebo-głosy. Na szczęście nie szedł za nami. W końcu dotarliśmy do domu Liu, było to małe skromne mieszkanie, na te kilka dni spałam w jego łóżku, a on na kanapie w salonie. Były tam półki uginające się od książek i filmów. W pokoju miał sprzęt do ćwiczeń i ku mojemu zdziwieniu bardzo dobrze gotował. Zajął się moimi ranami i choć dużo nie gadaliśmy, bo większość dnia spędzał w pracy (no cóż Slendi nie utrzyma każdego XD) to bardzo polubiłam jakże kulturalnego i szarmanckiego Liu. A w jego mieszkanku czułam się jak w swoim własnym, choć go wcale nie pamiętam. Ciasne, ale własne. Po około pięciu dniach, zebrałam się na odwagę, zęby wrócić do rezydencji i chociaż wstępnie przeprosić Operatora i grzecznie odmówić zostania proxy. Tak doradził mi Liu.
- Nie rób sobie wrogów... Odegrasz się jak będziesz silniejsza. - mówił pociągając po pracy zimne piwo.
Podczas tego pobytu zajęliśmy się jeszcze jedną kwestią... Mianowicie poszukiwaliśmy rodzin z nazwiskiem Wallyson. To był ogromny przełom w moim teraźniejszym życiu, bo w końcu ktoś raczył mi pomoc. Bo kilku zarwanych nocach zostało mi kilka rodzin do wyboru o rożnym stanie społecznym i różnej budowie rodzin. Ciężko było wytypować tą jedyną rodzinę ze względu na podobieństwo, bo połowa z nich nie miała zdjęć w internecie. Sprawdziliśmy raporty policji o zaginionych ludziach, faktycznie znajdowała się tam dziewczyna o takim samym wyglądzie jak ja i nazwisku, ale o innym imieniu. Postanowiłam, że za wszelka cenę odnajdę to rodzinę i chociaż przekonam się czy to oni mogą być moja rodzina. nie rozumiałam tylko dlaczego imię się nie zgadzało.
- Może to tylko pomyłka - analizował Liu nachylając się nade mną po skończonych ćwiczeniach na siłowni. Nic mu nie odpowiedziałam, bo speszył mnie jego widok bez koszulki.
Spisałam adres tej i innej rodziny, a także adres komisariatu. Największym problemem była odległość, od najbliżej rodziny znajdowałam się blisko 200 kilometrów. Jednak to tylko dodawało mi skrzydeł, postanowiłam też nikogo nie informować o mich poszukiwać. Kto wie co strzeliłoby im do szyi. Nadszedł dzień powrotu, na pożegnanie Liu dał mi swój czarno biały szalik w paski, bo wiał dość mocny wiatr. Obiecaliśmy sobie, że jakoś sobie pomożemy z naszymi problemami. Chłopak odprowadził mnie pod sam las i przytulił, dalej ruszyłam sama. Uznałam, że do rezydencji wejdę prze okno swojego pokoju, gdyż niepotrzebnie będę się afiszować. Gdy spięłam się w sobie z ogromnym stresem udałam się do gabinetu operatora. Rozmowa przebiegła szybko, przeprosiwszy go i o dziwo on mnie, brzmiało to nawet szczere... Większość domowników siedziała na dole, kanapie oglądając film w ciszy. Toby natomiast siedział przybity przy stole ze spuszczoną głową, zakrywając sobie twarz. Z jakiegoś powodu kiwał głową na lewo i prawo. jak się potem okazało ClockWork, okazała się ZNÓW przeciwko mnie! Jej przeprosiny nie były szczere, a mogłam się tego spodziewać!
- Toby... kochanie... nie bądź taki smutny, nie była Ciebie warta! Ja nigdy bym Cie tak nie potraktowała!
- Co za podła sucz... - bąknęłam pod nosem - a tak mnie przepraszała... obiecywała zmianę - co do Toby'ego miałam mieszane uczucia, a teraz było najważniejsze zbadać sytuację pomiędzy przyjaciółmi. Na palcach podkradłam się do zajętych filmem i od przeskoczyłam przez tył kanapy, lądując na kolanach, Roześmianego, Helen'a, Ben'a, Hoody'ego, a głową wylądowałam na kolanach Masky'ego. Trochę ze strachu, bólu i zaskoczenia wykrzykneli. Ci co leżeli od razu poderwali się na równe nogi.
- ALICE! - wykrzykneli wszyscy na raz.
- Wybaczcie, że tak długo mnie nie było. - W końcu jesteś!
- Coś mnie ominęło?
- Nie bardzo...
- Trochę nudno bez Ciebie!
Trochę pogadaliśmy w bardzo luźnej atmosferze o różnych pirdołach, ale szybko wróciliśmy do oglądania filmu. Z kuchni czułam na sobie dwie pary oczu... po jakimś czasie tylko jedną nieustannie, co było trochę stresujące. Co jakiś czas byłam zabierana komuś z rąk do rąk jak pluszak i jak pluszak przytulana. Chociaż to mordercy to mają minimum uczuć. Poza tym byłam jedną z bardzo nielicznych dziewczyn w domu na ogromną chmarę chłopaków... Było naprawdę przyjemnie. W końcu wstałam z kanapy wyrywając się z obiegu. W tym samym czasie Toby wstał z krzesła w kuchni, a przez drzwi frontowe wparował umorusany krwią Jeff. Początkowo bardzo się ucieszył na mój widok, zmieniło się to jednak w ułamku sekundy. Przycisnął mnie do ściany jak przy pierwszym spotkaniu i zaciągnął szalik od Liu na mojej szui tak, że się dusiłam.
- SKĄD GO MASZ?! - krzyczał świdrując mnie przekrwawionymi oczami.
-------------------------------------------------------------

Jakoś mnie naszło, żeby coś pisać, bo szkoda to zostawić. Ale co zrobić jak nie było weny... XD Dużo tajemnic przed nami! Powinnam chyba zrobić nową ankietę na temat chłopaka, bo kilku nowych dojdzie haha i relacje z innymi nam się wyjaśnią xD No, ale nie zkreślajmy od razu Toby'ego haha nom jak tam wakacje? Niestety już szkoła T.T Przepraszam za błęby, POZDRAWIAM OLA