poniedziałek, 22 lutego 2016

Rozdział 14

       - Cześć Ben? – powitałam elfa nieco pytająco. Dlaczego taka reakcja nastąpiła? Prawdopodobnie, dlatego, że powinnam budzić się obok innego mordercy… aż krew zaczyna mi ciec z nosa… tak czy owak na moim łóżku siedział Ben Drowned i przyglądał mi się badawczo. Wyglądał jak co dzień, ubrany w czarne, ciasne spodnie i koszulkę z długim rękawem o tej samej barwie. Miał na sobie wysokie brązowe buty oraz gruby skórzany pas przecinający my pierś, zieloną tunikę z kapturem i rękawiczki bez palców. Miał tą samą, dziką blond czuprynę i czarne oczy  z czerwonymi źrenicami z tą różnicą, że teraz nie ściekała mu z nich krew.
- Co tu robisz? – nie ukrywałam zdziwienia.
- Wiesz co? Nie miałem okazji Cię dobrze poznać, bo miałem cię gdzieś na początku, a potem kiedy już uznałem, że jesteś mnie godna. – machnął ręką po królewsku wskazując siebie – to ten idiota, Rogers nie pozwala nikomu się do ciebie zbliżyć. Ironia! – przybliżył się na czworaka z łobuzerskim uśmiechem. – A, że nikogo z Proxy  nie ma to zabawisz się dzisiaj za mną.
- Aha. – palnęłam.
- Daj z siebie trochę ekscytacji! Za długo siedzisz sama.
- Pewnie tak.
- To co idziesz ze mną?- spytał bardzo tajemniczo wyciągając do mnie rękę. – Będziemy się świetnie bawić, Toby się trochę wkurzy… Będzie ubaw…
- To twoje „Będzie ubaw” brzmi jak zapowiedź terroru, ale zgoda! – podałam mu rękę i automatycznie zamknęłam oczy.
- Po co zamykasz oczy? – spytał Ben po chwili ciszy – Jeszcze nic nie zrobiłem. – zaczął się śmiać.
 - Co?! – walnęłam go poduszką – rusz się!
- Dobra… więc… miłej zabawy…
W chwilę potem poczułam powiem ciepłego miłego wiatru. Otworzyłam oczy i stało się coś czego się spodziewałam najmniej. Stałam na dziedzińcu obsadzonym pięknymi drzewami. Wszystko byłoby w najlepszym porządku, gdyby nie fakt, że stałam przed jakąś różową szkołą z szyldem : LICEUM SŁODKI AMORIS
- Chyba mam przewalone… - pisnęłam pod nosem – Ben posrany krasnalu ja cię zatłukę! Co to w ogóle za szkoła?! Słodki Amoris?! Pfff… To pewnie jakiś głupi żart. – buzowało we mnie, ale to co miało się wydarzyć przeszło moje najśmielsze oczekiwania.
Pchnęłam drzwi i weszłam na korytarz, była tam schludnie i różowo, chyba były lekcje, bo korytarz był całkiem pusty. Postanowiłam powoli, bardzo powoli nim iść. Nagle przed moje nogi spadła do bólu przyozdobiona brokatem różowa kartka; „Alice Wallyson, witaj w odcinku 1 jesteś nową uczennicą w Słodkim Amorisie. Czy odnajdziesz miłość…”
- Co do cholery?! – podarłam kartkę nie czytając do końca i szłam dalej korytarzem.
Nagle ktoś złapał mnie za ramię, zadrżałam i szybko się odwróciłam.
-Przepraszam, ale kim jesteś?- spytał uprzejmie blondyn o niebieskich oczach. Miał na sobie białą schludną koszulę, brązowe spodnie i błękitny krawat.
- Jestem Alice Wallyson i szukam…
- Ach! To ty jesteś ta nowa!
- Ta nowa? O czym ty mówisz? – zastanawiałam się co uknuł Ben.
- Szukasz pewnie klasy. Ja jestem Natanie, gospodarz szkoły. Składa się doskonale, że mamy razem lekcje, zaprowadzę cię i jeśli nie masz nic przeciwko usiądę z tobą.
- M-moment! - Tak bardzo mój ton brzmiał jak ton Hoody'ego.
- A czy ja się zgodziłam?! – wydarłam się w myślach, gdy Natalnie wepchnął mnie do klasy. Przedstawił mnie mojej klasie… banda oszołomów… jakiś okularnik, który wyglądał jak Dexter, czarnowłosy ziomek zafascynowany grą, obok niego identyczny tyle, że z niebieskimi włosami ubrany w niepasujące do sibie ciuchy –o ile zakład, że to gej?- i koleś wyglądający jak na jakimś haju, oderwany od świata realnego. Ubrany jak szlachta sprzed dwustu lat, z białymi włosami o zgniło zielonych końcówkach i dwukolorowych oczach. Dziewczyny też wyglądały na ostro rąbnięte, a najbardziej zadufana w sobie blondi z jej orszakiem.
- O kurwa… - na szczęście palnęłam to w myślach… ręce opadają… to moja klasa? I co mam się tu uczyć… o nie nie nie! Gdzie ten głupi skrzat?! Ma mi natychmiast wyjaśnić co tu się dzieje.
- Powitajcie Alice przyjaźnie – dodał nauczyciel, a Natanie pokazał mi miejsce  w ostatniej ławce.
- Dobra ja spadam. – powiedziałam szorstko i szybkim krokiem udałam się drzwi, z impetem otworzyłam je, prawie przywalając nimi jakiemuś pseudo-rebelowi o czerwonych włosach i rockowych ciuchach.
- Uważaj jak łazisz blondasie… oooo… to nie Srataniel… - prychnął.
- Boże… kolejny clown!- mruknęłam wymijając zwinnie nastolatka. – co za popapranicy! – prawie zawołałam łapiąc się za głowę.
- Heh… ja mam tak na co dzień. – zawołał za mną ten sam chłopak, którego chwilę wcześniej wyminęłam w drzwiach. Oparł się o ścianę i uważnie mi się przyglądał. Zrobiłam skwaszoną minę i starałam się jak najszybciej oddalić się od tych cudacznych ludzi.
Zanim odnalazłam Ben’a zwiedziłam szkołe, zaczynając od sali gimnastycznej, a kończąc na szkolnym ogrodzie. Skuliłam się przy ścianie na korytarzu i zaczęłam rozmyślać nad tą całą chorą sytuacją. Czułam się fantastycznie, na moim ciele nie było żadnych ran! Co graniczyło z cudem. Więc jedynym rozsądnym wyjaśnieniem, był fakt, że dostałam jakieś ulepszenia, czity lub dodatkowe życia, ponieważ jestem w grze. To była bardzo prawdopodobna opcja, szczególnie, że Ben zabiją swoje ofiary, właśnie za pomocą komputera. Może rozbija im go na głwie… Pozostawało najistotniejsze pytanie, jak mogę się stąd wydostać? Fakt był niestety taki, że sama nie dam rady, a elfa niestety gdzieś wcięło.
Posiedziałam w samotności, przez najbliższe dwadzieścia minut zastanawiając się nad planem ucieczki, bądź możliwością ukończenia gry. Niespodziewanie za swoimi plecami usłyszałam znajomy głos oraz drapanie w drzwi. Byłam o tyle zaskoczona, bo było to drzwi do schowka na mopy. Postanowiłam tan wejść, na szczęcie ta decyzja okazała się trafna! Był tan Ben w ciuchach, które doprowadzały mnie dzikiego i nieopanowanego śmiechu. Jedynym powodem, dla którego się uspokoiłam, był fakt, że skrzat zagroził mi śmierdzącym mopem. Mój kochany morderca miał na sobie przekiczowatą, filetową balową suknie, której najwyraźniej nie mógł zdjać.
- Chyba pora na jakieś wyjaśnienia… - pisnęłam nadal dusząc się śmiechem.
- Słuchaj. To nie jest zabawne! Coś tu jest nie tak! Tu jest jakiś mocny wirus i nie potrafie go obejść. Pokazałbym ci się wcześniej, ale nie potrafię pozbyć się tej cholernej kiecki! Według gry, jestem twoją chrzestną wróżką i mam dawać ci prezenty. Na całe szczęście inni uczniowie mnie nie widzą, swoją drogą sporo tu pedałów.
- Popatrz na siebi! – zaśmiałam się robiąc mu serię zdjęć.
- Zobaczysz rozwalę ci telefon jak już stąd wyjdziemy.
- Co do wychodzenia…
- I tu jest problem... Heh... - podrapał się w głowę.
- Co mam przez to rozumieć?
- Jak mówiłam jest wi-rus – stuknął mnie kilka razy w czoło – nie damy rady wyjść dopuki nie przejdziesz wszystkim odcinków tej gry.
- Ile ich jest?
- ... – szepczał pod nosem.
- BEN!
- 29!
- Japierdziele!
- To nawet lepiej! Szybciej przejdziesz tę grę!
- Słucham?!
- W tej grze masz… podrywać chłopaków i chodzić z nimi na randki… - odwrócił wzrok – sorki… Hihihi...
Zcisnęłam wargi i zaczęłam kiwać głową.
- Widzę, że nie jesteś zła.
- Nie skąd... - mruknęłam po czym z całej siły przywaliłam Ben'owi w brzuch. Przez chwilę zwijał się z bólu chichocząc pod nosem.
- Dobra, szybko to załatwimy... - mówił nie zdając sobie sprawy, jak bardzo się myli.
Oodcinek 2
W tej części moim zadaniem było wybranie kluby. Wybór nie był zbyt szroki; klub koszykarzy bądź klub ogrodników. Doszłam do wniosku, że mniej pracy będzie w tym drugim. A żeby było wesoło, Ben jednym pstryknięciem uśmił jakiegoś chłopaka z zielonymi włosami, tylko po to, żeby zakopać go po szyję na jednej z grządek i postawić na czubku głowy doniczkę.
Odcinek 3
Dnia trzeciego uświadomiłam sobie, że lekcje przedmiotowe odbywają się tu raz na ruski rok, a ja robię za dziecko na posyłki. Nie miałam zamiaru wpychać nosa w nie swoje sprawy, jak łapanie psa dyrektorki, dlatego Ben włożył zwierzęciu petardę w tylną dziurę. To było smutne, ale się nie mieszałam. Skoro mamy tu tkwić przez najbliższe 26 odcinków, to niego się chłopak bawi.
Odcinek 4
Tego dnia cała szkoła była w szoku widząc kilka petów z papierosów. O gdyby nie Ben musiałabym stać cały czas w miejscu przez punku akcji, które mi się skończyły. Stałam w miejscu jak głupia przez trzy godziny i czekałam na Bena, który podglądał dziewczyny w szatni.
Odcinek 5
Kolejny odcinek odbył się w domu jakiejś Melani, niestety musiałam przyjść na jej urodziny i wydać hajs na prezent. Schowaliśmy się z elfem w łazience i wymalowaliśmy na jej ścianach przerażające symbole krwią... Nie mam pojęcia skąd Ben miał krew, ale cóż strasznie dziewczyn wydało się świetną perspektywą na dobrą zabawę. Pozamykaliśmy wszystkie okna drzwi oraz przygasiliśmy światła, żeby stworzyć mroczną atmosferę. Ben trzymał mnie za ramiona i unosił kilka centymetrów nad ziemią, a dla mrocznego efektu potrząsał. Jak to wyglądało z perspektywy gościa przyjęcia? Najwidoczniej jedna z dziewczyn została opętana. Latające tak, przez całą noc goniliśmy wszystkie dziewczyny. Żeby równie skutecznie je wystraszyć piszczałam i wolałam o pomoc. Najgorsze w tym wszystkim było to, że Ben postanowił wyrzucić mnie przez okno, jako zakończenie opętania.
Odcinek 6
Po tytule "Kupidym strajkuje" zorientowałam się, że nic dobrego z tego odcinka nie wyniknie. I gdyby nie pomoc Ben'a w zamknięciu Rozalii i jej chłopaka Lea w składziku na mopy, nigdy nie zakończyłabym dnia. Może i siedzieli tam ponad trzy godziny lekcyjne, to poszli na kompromis i się pogodzili. Możliwe, że z braku tlenu...
Odcinek 7
Kurczę, najgorsze jest to, że nie pamiętam co się stało. Faktem było, że wpuściliśmy do szkoły gaz usypiający, ale to nie miało na mnie działać!
Odcinek 8
W tym dniu miałm napisać test wiedzy, który był żałośnie prosty. Dzień uznałabym za katastrofę, gdyby nie fakt, że miałam opcję, żeby nafaszerować Amber lekami przeczyszczającymi. To było piękne patrzeć jak w połowie testów wybiega brudnymi spodniami. Możliwe, że przedobrzyłam dawkę. Przez następne godziny Amber jednocześnie zachowywała się jak miękka kluska biegająca do toalety. Miękką kluseczką była nie przez mnie, ale przez Ben'a. Wspomniał, że dosypał jej jakichś narkotyków do wody, kiedy malowała paznokcie. W chwilach, gdy opierałam się o szafki, a Ben latał mi nad głową, zastanawialiśmy się jak można być tak próżną osobą. Także radocha z Amber na haju, była najmilszym doświadczeniem tago dnia, szczególnie, że reszta klasy miała równie wielki ubaw. Szkoda tylko, że nie wiedzieli z czego.
Odcinek 9
Po zakończeniu odcinka, nie obudziłam się w szkole, lecz na plaży. Przez cały zakichany dzień musiałam paradować w bikini przed Ben'em, Kastiel'em i jego psem, który wydawał się nieco bardziej inteligentny niż jego właściciel. Szczerze próbowałam nawiązać z nim dobre relacje, byłam miła, kupiłam mu krem do opalania i wodę Demonowi. Nawet postawiłam nam lody, które on mi zjadł. Nie raz proponowałam mu grę w piłkę plażową czy pływanie w oceanie. On jedynie narzekał na nieudany dzień i na moją osobę. Według jego kryteriów byłam szkieletem, to było podłe. Zawsze zgrywał cwaniaka i hojraka, ale chciał jedynie zwrócić czyjąś uwagę na siebie. Zgrywał niedostępną o wielkim męskim ego osobę. Narzekaliśmy razem na Kastiela, gdy ten poszedł pływać z Iris. Mój humor malał z każdą chwilą, dlatego przestałam narzekać, żeby Ben nie znienawidził mnie.
- Ja tu żądze i mogę robić co chcę.
Nauczę tego idiotę jak traktuję się dziewczyny. Nawet ja tak cię nie traktuję! - Co chcesz zrobić?
- Ja... Nie wiem.
- Chodź postawię ci lody.
- Ale to nie ma sensu...
- Może dla Ciebie, mam zamiar zakończyć ten odcinek z uśmiechem na tej pięknej buźce.
- Z tym pięknem, to bym nie przesadzał.
- Co? Nie słuchałam Cię! Czy mógłbyś pomóc mi wepchnąć tę łódkę do wody i wywołać sztorm.
- Bez problemu. Jaki masz pomysł?
- Jest tak gorąca, myślę, że Kass chciałbym jeszcze jednego loda.
- Masz głupie pomysły.
- Mówisz tak tylko dlatego, że nie masz pojęcia o co mi chodzi.
- Yyyy tak... Co do gorąca, nawet nie wiesz jak ta kiecka pije mnie w tyłek.
- I co? Mam Ci ją wyciągnąć?
- No wiesz...
- Zrób lepiej tą burzę, od razu się ochłodzisz skrzacie.
Zaczęło kropić, a następnie lać. Przewidziałam każdy ruch rudzielca, który jakże odważny pozostał w wodzie. Ja i Ben dryfowaliśmy w łódce niedaleko chłopaka czekając na chwilę, gdy zacznie się topić. Nie czekaliśmy długo, w chwile później nastolatek błagał o ratunek na co wychyliłam się i zapchałam mu buzię rożkiem. Ja wyciągnęłam się w łódce ciesząc się spokojem i ciszą, a elf wachlował się dolną częścią swojej boskiej sukienki.
Odcinek 10
Kolejny nudny odcinek, w którym poznaliśmy wyniki testów i straciłam tysiące punktów akcji. Nawet nie mieliśmy ochoty na żadne wybryki.
Odcinek 11
Bieg na orientację był kolejnym etapem gry. Pobiegałam po lesie w przypałowym dresie z Natanielem. Tak zależało mu na wygranej, że pozwoliłam mu samemu pobiec i się zgubić w lesie. Może akurat spotkał Slenderman'a...
Odcinek 12
Debra?
Odcinek 13
Debra!
Odcinek 14
Debra...
Odcinek 15
D-debra...
Odcinek 16
Debra?!
Odcinek  17
Debra!!! Przez tyle odcinków akcja toczyła się wokół najgorszej, naprawdę gorszej od Clockwork, a dokładniej Debra. Nie miałam zamiaru mieszać się do wybryków Kastiela, dlatego uciekliśmy z Bene'm do klubu ogrodników. I spokojnie przeczekaliśmy akcję z tą pseudo piosenkarką... Nie oszukujmy się! Zniszczyliśmy tą podłączenie małpę! Kilka podtopień w szkolnej toalecie, przetrzymanie w szafce, obcinanie włosów, zbiaranie krzesła kiedy siedzi. Niby dobre dokuczanie, ale dziewczyna psychicznie nie wytrzymała. Nikt za nią nie płakał.
Odcinek 18
Głupota moich niby kolegów z klasy przeraziła mnie do szpiku kości. Sądzili, że będziemy robić sekcję na malutkich króliczkach. Postanowili wywieźć je do parku, gdzie będą zdane na pogodę, ruchliwą ulicę, psy czy koty, które zapewne je rozszarpią.
Odcinek 19
Tutaj przygotowaliśmy sztukę.
Odcinek 20
Tutaj zabrałam główną rolę w Alicji w krainie czarów. Szału nie było, a byłam coraz bardziej zmęczona tą bezsenoswną grą.
Odcinek 21
Miałam w końcu okazję, żeby zjeść z Ben'em trochę pizzy. Nie mieliśmy okazji nic zjeść przez przeszło dwadzieścia odcinków.
Odcinek 22
Tutaj rozstrzygnęłam problem, w którym Nataniel był bity przez swojego ojca. Zadzwoniliśmy na policję, Nat miał wąty i po krzyku.
Odcinek 23
Potem poszłam spać, bo nic się nie działo.
Odcinek 24
To niesamowite!!! Otworzyli sklep ze zwierzakami... Wzruszyłam się, ale żeby zakończyć odcinek zabrałam sie z Kastielem do tego super sklepu i kupiłam mu kaganiec, po czym opuściłam odcinek z ilustracją, na której byłam ubrana jak dziwka.
Odcinek 25
Tyle odcinków i dopiero w dwudziestym piątym zaczęła się nauka... Nieważne, że nauczycielka była tyranem, ale w końcu naprawdę nauczyłam się czegoś mądrego. Niestety bystra Amber, zniszczyła naprawdę fajną lekcję chemi. Zadymiła całą klasę prawie powodując pożar w klasie i w szkole. Skończyło się na tyle szczęśliwie, że tyko blondynka miała przypalone włosy.
Odcinek 26
Na piknik w parku zaprosiłam wszystkie dziewczyny i Alexego. Okazało się, że muszę po raz kolejny spłaszczyć się przed chłopakiem i co najgorsze dać mu jeść. Kentin pozwalał sobie na za dużo, dlatego zapchałam sobie buzię babeczką, żeby szatyn zaczął się śmiać. Plan poskutkował i gość trochę się pośmiał i niebezpiecznie się przybliżył na całe moje szczęście jakiś dzieciak przerwał nam mówiąc, że jest bratem Iris. Korzystając z okazji uciekłam i schowałam się za najbliższym drzewem.
Odcinek 27
Doszły mnie słuchy, że do naszej szkoły ma odłączyć nowa uczennica. Okazało sie się, że jest świetna, miła i mądra. Według wytycznych odcinka miałam być do bólu zazdrosna o jej relacje z tymi ludźmi... Ręce mi opadły na samą myśl o głupocie głównej bohaterki, w którą się wcieliłam. Ben pocieszał mnie mówiąc, że to już niedługo.
Odcinek 28
Miłość wisiała w powietrzu, przynajmniej tak mówiły wszystkie dziewczyny w szkole. Musiałam zaprosić, JA! MIAŁAM ZAPROSIĆ jednego z chłopaków na kolację! Najmniej problemówy wydał się Armin, on tylko grał, nawet dużo nie mówił. Poza tym Ben lubił go nawet, ale też pośpieszał mnie, bo i on chciał wrócić już do domu. Także nie byłoby problemu, gdyby gra się nie zacięła i nie musiałam robić całego odcinka od nowa!!! Szlak i nerwica opanowały zielonego skarzata, tak tłukł szafkami, że dyrektorka wybiegła na korytarz i ukarała tego kogo widziała. Nieco na odwal przeszłam ten odcinek, ale w końcu nadszedł punkt kulminacyjny. Zaczęłam chamsko wytykać Arminowi, że olewa, szkołę, brata, przyjaciół i mnie grając w gry. Wtedy on spojrzał na mnie zerwał się z miejsca i przyprł mnie do ściany. Zamknęłam oczy i mimo, że to gra... Czułam się podłe oddając pocałunek Arminowi. Ilustracja co prawda była i odcinek też był zakończony, ale nawet Ben mi odpuścił, był zmęczony jak i ja głupimi akcjami. I cóż... Było mu głupio, za to co zrobiłam.
Odcinek 29
Dzień sztuki nie przekonał mnie, a raczej nas. Bez zastanawiania nad konsekwencjami, pochowaliśmy z blondynem dynamit po całej szkole, który dostałam od dobrej wróżki. Dziękuję... Z wielkim entuzjazmem, w podskokach wymineliśmy Lysandra, który ubzdurał sobie, że jest moim chłopakiem i wybiegliśmy na dziedziniec jak w skowronkach. Za jednym magicznym pstryknięciem palcami Ben'a szkoła zniknęła, a z nią suknia chłopaka i inne troski.
Otworzyłam oczy, siedziałam na sofie. Normalne życie powróciło, tak samo jak i moje rany. Ben rozciągał się z wielką zadowoloną miną. Bardzo się cieszyliśmy, że to koniec. Chwilę potem poszliśmy do kuchni czegoś się napić, spotkaliśmy tam prawie wszystkich mieszkańców rezydencji.
- Czemu nie odpoczywasz? - spytał sucho Toby, na co odpowiedziałam mu wzruszeniem ramionami. - Dlaczego tak dziwnie trzymasz szklankę? Boli cię coś? - zdziwił się.
- Dziwnie?
- O ranyyy, mała dziewczynka zobaczyła jak Levi z Ataku Tytanów trzyma tak kubek i też będzie tak robiła. - wtrącił rozbawiony Ben.
- Jaki Levi? Kto to? - wkurzył się Toby.
Spokrzeliśmy na siebie z Ben'em o skarciliśmy wzrokiem Rogers'a.
-Pffff... Chodzisz z nią już nie wiem ile, a nie wiesz podstawowych rzeczy i swojej dziewczynie.
- Zamknij się idioto! - ryknął
- Taka jest prawda - rzucił sztynowi wściekłe spojrzenie - jak można nie wiedzieć kim jest Levi Ackerman! Gdyby tylko istniał... - westchnął.
- Gdyby tak było to zgwałciłabym go w pierwszych lepszych krzakach.
- Alice!
- No co... - podeszłam do niego, przytulając go oplatając mu dłonie na szyi. - Co się stało? Jak poszło ci na akcji?-  popatrzyłam mu w oczy i chciałam go pocałować, ale on pstrykną mnie w czoło. - Ała! O co ci chodzi? - spytałam spokojnie.
Zastukał palcami o stół i odszedł kilka kroków.
- Możesz mi wyjaśnić dlaczego spędzasz Walentynki z moim kumplem nie ze mną?!
- ... - popatrzyłam na niego z otwartą buzią. - ale wiesz, że jest 13 lutego, Walentynki są jutro, baranku. -  podeszłam i czule go pocałowałam. Zawiesiłam się mu na szyi i długo się przytulaliśmy. Otworzyłam ospale oczy dalej wtulona w tors Toby'ego. Patrzyłam jak jego klatka powoli unosi się w górę i w dół. Czułam jak gładzi mnie dłonią po głowie. 
Byłoby miło, gdyby nie ten straszny głos Slender'a przeszywający moją głowę... Chciał, żebym przyszła...

--------------------------------------------------

Ludzie jaka ja jestem zła, że nic nie wstawiłam. Ehhh ja głupia. Ale kij...

W następnym będą wasze postaci!!! Wowoowowowowowowo!
Podoba się?

Pozdrawiam Ola

niedziela, 14 lutego 2016

Rozdział 13

                  Huczało mi w uszach... to jedyne uczucie, które do mnie docierało ze świata zewnętrznego. Nabrałam powierza ile sił w płuca i dopiero potem otworzyłam oczy. Piekły strasznie... czułem, że są przekrwione. Mrugałam powiekami próbując oswoić się ze światłem. Chciałam przetrzeć oczy lecz gdy tylko uniosłam ręce silny ból sparaliżował całe moje ciało. Wydałam z siebie przenikliwy pisk przeszyty bólem, a następnie głęboko odetchnęłam. Próbował w ten sposób opanować narastający ból z okolic brzucha. Po kilku minutach otworzyłam oczy o bardzo ostrożnie uniosłam szyję. Moje ruchy były skrępowane niczym u marionetki. Gdy tylko napięłam mięśnie, mrowienie przeniknęło mnie od pasa w dół. Przez głowę przeszła mi nawet myśl czy mam czucie w nogach. Znów prychnęłam oznajmiając światu, że po ludzku czuję ból. Uświadomiłam sobie, że jestem zbyt słaba i obolała, by samej wykonać jakikolwiek ruch. Byłam bardzo zrezygnowana, czułam się jak żałosna kaleka, zdana na łaskę bądź niełaskę losu. Przymknęłam powieki i w tym momencie przez głowę przeleciały mi ostatnie wydarzenia... zastraszanie... walka... brzuch przeszyty mieczem.
 - To wszystko naprawdę mnie spotkało? Jestem najbardziej pechowym człowiekiem! Mogłam wtedy umrzeć, miałabym spokój. Poza tym, to nie pierwsza taka sytuacja! Mieszkam tu ponad pół roku, a spotkało mnie tyle nieszczęść!!! To chore! Szczególnie, że nadal nie wiem CO JA TU NAPRAWDĘ ROBIĘ? Dlaczego Slenderman trzyma mnie tu? Przecież nie jestem żadnym mordercą! Zabawka dla tych psycholi też ze mnie marna. Mam dość takich żałosnych akcji! Muszę pilnie porozmawiać ze Slenderman’em, KONIEC żartów. - po skończonej i zwycięskiej walce z samą sobą, po kilku bolesnych upadkach z łóżka doczołgałam się do drzwi. Miałam otwierać drzwi, gdy Toby niespodziewanie mnie wyprzedził. Odskoczył do tyłu nieco zaskoczony, a ja miałam ochotę puknąć się w głowę z niezadowolenia.
-Przecież on zabroni mi gdziekolwiek iść.  – zdałam sobie sprawę.
Chłopak z kamienną twarzą obrócił się za siebie, żeby upewnić się, że nikt nie idzie i zamknął za sobą drzwi..
- Gdzie idziesz? Ledwo stoisz na nogach.- po jego tonie głosu nie trudno było wywnioskować, że jest z jakiegoś powodu wściekły.
- Tylko do łazienki. – odpowiedziałam słabo.
- Mogłaś mnie zawołać!- wykrzyknął, byłam bardzo zaskoczona jego zachowaniem względami mnie.
- Zaraz wrócę. – odprychnęłam i starałam się go wyminąć.
- Ehhh… - wydał się nieco poirytowany- pomogę ci.
- Nie ma takiej potrzeby.
- Nie wydaje mi się. – to co powiedział wydało mi się okropnie chamskie.
Wziął mnie za boki  i uniósł do takiej pozycji, która nie sprawiała mi bólu.
Chwilę potem mogłam umyć zęby i minimalnie się ogarnąć. W lustrze przyglądałam się sobie. Od mojej przyjemnej buzi odciągał wzrok gruby bandaż zabarwiony na jasno czerwono. Ku mojemu zdziwieniu Toby czekał na mnie pod toaletą i pomógł mi wrócić do pokoju, w którym się obudziłam. Otworzył bez słowa przede mną drzwi i sam wszedł do pomieszczenia. Pomógł mi położyć się w wygodnej pozycji i wyją z szafki kilka bandaży i jakąś buteleczkę.
- Będę musiał zmienić ci opatrunek. Nie martw się potrafię to zrobić, Hoody mnie nauczył. – odparł suchoTwierdząco kiwnęłam głową i odwróciłam wzrok od rany, która pojawiała się coraz bardziej przy kolejnym zsuniętym bandażu. Zacisnęłam pięści i powieki, samo zimne powietrze sprawiało koszmarny ból. Jakby nie patrzeć miałam dziurę w brzuchu.
- Spróbuj się nie ruszać. – dodał i zaczął przemywać mi rany wodą utlenioną.
Zapiszczałam z bólu, a bezwładne łzy przetoczyły mi się przez policzek.
- Chciałbym czuć ból, a najlepiej przejąć twój… - jęknął Toby, po czym zaczął dmuchać na ranę, co niekoniecznie pomogło, ale chwilowo uśmierzyło ból. Nadal bałam się spojrzeć na zmasakrowaną część ciała… Starałam się oddychać głęboko… chciałam zacząć błagać o litość, czułam się jak na jakichś torturach.
- Toby… - zapłakałam ciężko.
- Chciałbym, żebyś już nie cierpiała. – jego ton zmienił się o sto osiemdziesiąt stopni. Był troskliwy, ciepły i kojący. Głos mu drżał jakby cierpiał równie tak samo jak ja…
Nagle poczułam coś bardzo zimnego na swojej gładkiej skórze wokół rany. Serce zadrżało mi mocniej i objęła mnie fale gorąca, aż po same uszy. Miejscowy chłód zanikał i powracał, zanikał i powracał… ciekawość zwyciężyła i otworzyłam oczy. Ujrzałam Toby’ego, który jedną ręką podtrzymywał mnie  w talii i nachylał się całując mój brzuch skrawek po skrawku.
- T-toby…- zaczerwieniłam się, a cały ból zniknął w ułamku sekundy.
Chłopak nie zareagował, nie zaprzestawał składania lodowatych pocałunków. Nieśmiało ułożyłam swoją dłoń na jego czuprynie i musnęłam kilka razy jego kosmyki palcami. Łzy leniwie ściekały mi po policzkach i na chwilę moje usta wygięły się w uśmiech. To było niesamowicie miłe uczucie, dosłownie w nim się zatraciłam. Nawet nie zwróciłam uwagi, kiedy chłopak zaczął wędrować wyżej ze swoimi pocałunkami. Obudził mnie ich brak… Nasze nosy stykały się, a oczy nawzajem rozpłynęły się w sobie. Moje zielone… jego brązowe… błyszczały jakby miały uronić łzę. Nie mogłam opanować myśli skupionych tylko na nim, oczu nieodwracalnie wbitych w niego i serca kołatającego, z powodu jego bliskości… nasze ciała stykały się ze sobą, czułam jak jego serce nie może zwolnić. Miał taką gorącą szyję i klatkę piersiową. Oddychał bardzo ciężko, jakby przebiegł tysiące kilometrów bez wytchnienia.
- Nie potrafię patrzeć jak cierpisz – w końcu odważył się przełamać ciszę – nie potrafię, a może raczej, nie chcę patrzeć jak cierpisz przez kogoś. - przerwał na chwilę - Chcę już zawsze stać przy tobie, a nawet bliżej, nie chcę tracić się z oczy, nawet w nocy. Zbyt dużo dla mnie zaczęłaś znaczyć...  to takie dziwne uczucie… ale, nie chcę… żeby ktokolwiek inny patrzył na ciebie, dotykał cię i stał przy tobie… Chciałbym mieć cię tylko dla siebie…- wydusił z siebie jednym tchem – TYLKO TY I JA…więc proszę… zgódź się… zostać tylko ze mną i tylko dla mnie… - nie dał mi odpowiedzieć.
Złapał moją brodę i lekko przybliżył się do mojej twarzy. Przymknęłam powieki, by po chwili poczuć jego zimne i twarde usta na swoich. Pocałował mnie tak delikatnie, tak... Otworzyłam na chwilę oczy żeby zobaczyć jak świat dookoła mnie się kręci. Zamknęłam je pospiesznie, kładąc moją dłoń na jego karku i delikatnie bawiąc się końcówkami jego włosów. Poczułam jak się uśmiecha. Położył swoją rękę na moich plecach, mocno mnie do siebie przybliżając. Chociaż ten ruch był wręcz brutalny, całował mnie nadal delikatnie. Na chwilę odsunął się by ponownie złożyć pocałunek na moich wargach, delikatny jak uderzenie skrzydeł motyla. Powtórzył to kilka razy, kiedy to moja ręka dołączyła do pierwszej, wplatając się w jego włosy. Rozchyliłam delikatnie usta by objąć nimi jego dolną wargę i delikatnie całując przeniosłam się na górną. Usłyszałam ciche westchnięcie i poczułam jego drugą rękę ponownie na mojej brodzie, która uniemożliwiła mi czynność którą robiłam. Pocałował mnie mocniej, pewniej ściągając dłoń z brody a kładąc ją na moim karku. Drgnęłam, kiedy poczułam ten chłód na skórze. Zaczął całować znów tak delikatnie, sprawiając, że chciałam więcej. Przysunęłam się do niego bliżej... Przycisnęłam mocniej swoje rozgrzane wargi do jego ust. Całowałam go, jakby moim celem było rozgrzanie tych idealnych ust. Oddawał pocałunki z taką sama zawziętością. Pociągnęłam go lekko za włosy, a on przycisnął mnie do siebie bardziej, znów składając na różnych częściach moich ust, te motyle pocałunki. Kiedy ostatni raz pocałował mój prawy kącik ust odsunął się ode mnie kilka milimetrów. Nadal pochłaniał zawzięcie moje oczy.
 - Proszę powiedz coś... - nasze twarze i ciała płonęły niczym ogień.
 - Naprawdę muszę? - uśmiechnęłam się, gładząc go niepewnie po policzku. Pomimo bólu, nachyliłam się i tylko na sekundę przywarłam swoje wargi do jego.
 - To wystarczy - uśmiechną się i oparł się o moje ramię, wyglądało to jakby miał zemdleć. – Dziękuję. Jesteś już tylko moja…nikt nawet na ciebie nie spojrzy. – może te słowa i zabrzmiały paranoicznie, ale podobały mi się, nawet bardzo. Przycisnęłam kark chłopaka… już mojego… do siebie i gładziłam równocześnie po karku i plecach.
 Chciałam, alby ta chwila trwała w nieskończoność, jednak ktoś z premedytacją nam przerwał.
 - Rogers, nie jesteś trochę za bardzo zaborczy? – mogłam dziękować za przerwanie chwili Jeff’owi.
 - Nie - odparł bezdusznie nie odrywając głowy od mojego ramienia. 
 - Więc nie będzie problemu, żeby Alice ze mną wyszła?
- Będzie i to duży. Nie zgadzam się. 
 - No co ty, Toby? 
- Ona jest moja.
- Wow ty tak na poważnie?
- Tylko moja... - po czym oderwał głowę tylko po to, by zasunąć i jednocześnie zakryć nas kocem. 
I znów nastała ta cudowna chwila, gdy otoczył mnie swoim spojrzeniem.
- Tylko moja... - zamruczał otaczających mnie swoim ciepłem.
Musiałam odpoczywać, dni mijały, a rana goiła się bardzo powoli. Sprawiało mi to olbrzymi problem z chodzeniem. Na szczęście było wiele pomocnych rąk, ale Toby... no cóż, ich nie dopuszczał. Uważał się za jedyną osobę, która może ze mną przebywać. Jego zachowanie, było doprawdy dziecinne, ale zabójczo urocze. Nie chciałam mieć nikogo innego u boku. Dlatego, gdy Toby zszedł sam na dół zrobić mi śniadanie, z wielkim trudem poszłam w jego ślady. Zakradłam się od tyłu i mocno do przytuliłam przy czym jedna dłoń powędrowała mu pod koszulkę.
- Co ty tu robisz?! Nie możesz chodzić.
- To dlaczego mnie zostawiłeś?- grałam w jedną z jego gierek, w których wychodzi na to, że muszę przepraszać go za nic i całować.
- A śniadanie?
- Wolisz spędzać czas robiąc śniadanie?
- No nie... Ale...
- Co, ale?- odwrócił się, a ja zawisłam mu na szyi.
- C-co robisz? - pociągnęłam go do siebie i ugryzłam lekko w wargę.
Patrzyłam chwilę na jego rozbwiony wyraz twarzy.
- Nie wiem co mi odwaliło - posmutniała - Po prostu, zawsze chciałabym mieć cię przy sobie... - to ostatnie prawie wyszeptałam.
- Wybacz, niedosłyszałem - zaśmiał się przekornie.
- Toby...
- Mówię serio. - złpał mnie na ręce i niósł po schodach jak królewnę. - Skoro jesteś na mnie taka napalona...
- To nie tak!!!
- Aha, jasne... To może... No wiesz będziemy spać razem... Tak wiesz w jedyny łóżku, codziennie... - zaczerwienił się.
- O ile będziesz mnie tak nosił do łóżka, to tak. - powiedziałam ironicznie, ale Toby tego nie załapał, więc przez cały czas czy jest zmęczony czy nie nosi mnie do swojego pokoju. I mimo, że zawsze na początku jest niezręcznie to po kilku minutach przytulania, miłej rozmowie lub pocałunku w czoło jest idealnie. Śpimy razem w jednym łóżku i albo jesteśmy w siebie wtuleni albo Toby zrzuca mnie z łóżka... Oczywiście nie pozostaję mi dłużna, bo i mi się zdarza, że zabiorę mu kołdrę. Także spanie razem nie jest takie łatwe... I pozostaje kwesta Jeff'a. Pewnego ranka, słońce obudziło mnie, promienie mocno mnie raziły i bez otwierania oczy wtuliłam się w Toby'ego i pocałowałam go na dzień dobry.
- Ooooooo.... Dziękuję. - powiedział ktoś, kto nie był moim chłopakiem... Zerwałam się momentalnie spadając z łóżka. Przetarłam oczy widząc Jeff'a i wtulonego w niego szatyna. Jeff najwidoczniej wkradł się do nas w nocy i wrył się pomiędzy nas.
- No co? - patrzył na mnie - czułem się samotny!
- Słucham?! - krzyknęłam tak, że Toby się obudził i również spadł z łóżka.
- JEFF?!
- Zaniedbujesz mnie Alice...
- Wynocha!!! - krzyczał Toby i Jeff wyparował w podskokach.
Nie tylko Jeff czuł się zaniedbany, odwiedził mnie też Bloody Painter. W sumie to miałam do niego delikatną urazę, ale kiedy wszedł zapomniałam o wszystkim.
- Tak bardzo cię przepraszam! - wparował jakby nigdy nic i mówił bardzo przejęty - Mogłem, po prostu mogłem to przewidzieć! Jestem idiotą, jak mogłem na to pozwolić! Ona tak strasznie cię zraniła! To nie powinno było się wydarzyć!!! Alice! Tak bardzo cię przepraszam! Przepraszam... Przepraszam... Przepraszam!!! - mówiąc to opadł na łóżko i przyciągając mnie do siebie i przytulając cały czas to powtarzał.
- To boli. - jęknęłam z bólu.
Otis nieznacznie się odsunął łapiąc mnie za brodę.
- Co ja narobiłem...
- Ty nic... Poza tym to moja wina... Mogłam nie pisać do twojej dziewczyny... Nie byłoby spotkania... I nie byłabym ranna...
- Słucham? - zerwał się, a jego oczy zabłysły... - powtórzysz?
- Ranna?
- Wcześniej.
- Sptokanie?
- Wcześniej.
- Twojej dziewczyny?
- Oh... Ona była... Kiedyś... Bardzo dawno temu... Ale nigdy na nią już tak nie spojrzę...
- Ale dlaczego? - zaciekawiłam się.
On uśmiechnął się delikatnie i na chwilkę zamknął oczy.
- Bo mam kogoś... Na kogo mogę patrzeć bezustannie i ten ktoś... przez cały czas pobudza mnie do życia... - westchnął i przybliżył się do mnich ust.
W jednym momencie zrozumiałam o kogo chodzi... Był zaledwie kilka milimetrów, a ja zdrętwiałam.
- Co ty robisz Helen? Odsuń się od mojej dziewczyny. - w idealnym momencie wszedł Toby, naciskając znacząco na ostatni wyraz. Serce podskoczyło mi do gardła. Helen kątem oka spojrzał na sztyna i wyszeptał mi do ucha
- Będę czekał ile będzie trzeba... Jeśli  nawet to do śmierci... - i wyszedł jakby nigdy nic. Toby odprowadził go mrożącym krew w żyłach spojrzeniem. Od tamtej chwili, od tamtego wyznania... Toby nie opuszczał mnie nawet na krok. Był przy mnie zawsze i wszędzie, zaskakując nagłymi pocałunkami w szyję, kark czy czoło. Uwielbiał wprowadzać mnie w zakłopotanie i napawał się każdym moim rumieńcem. Raz przez nieuwagę nie zamknęłam się na klucz w łazience. Starałam się odprężyć w gorącej kąpieli z pianą.
- Mogę dołączyć? - spytał z  rozbawieniem Toby, który wkradł się tu niezauważony.
- WYJDŹ! NATYCHMIAST!
- Umyć ci plecy?
- NIE! NIE! NIE!
- Nie? To wejdę... - jak powiedział tak zrobił, rozebrał się przy mnie do bokserek i wskoczył do wody. Kiedy był odwrócony zdołałam pochwycić bieliznę i szybko ją założyć.
Pomysł ze wspólną kąpielą nie był najgorszy. Podtapianie i takie tam... Tak romantycznie. Ostatecznie pozwoliłam mu umyć sobie włosy i plecy. Za to ja napawałam się widokiem jego idealnego ciała... Siedząc mu pomiędzy nogami przodem wycierałam mu włosy, a on rozczesał mojej, które zaraz potem zmieniły się w burzę loków. Nie obyło się bez namiętnych, gorących pocałunków... Jednak przerwaliśmy zanim doszłoby do czegoś więcej.
Nie mogłam się poruszać, więc moje zajęcia w ciągu dnia ograniczały się do leżenia, internetu, muzyki, Toby'ego i książek. Właśnie skończyłam błądzić po internecie. Zgłębiłam temat na który natknęłam się niechcący... a konkretnie stworzona i lubiana para przez fanki Clocky: "Ticci Toby x Clockwork". Dobijałam się filmikami i opowiadaniami przez dobrą godzinę. Zamknęłam laptopa i jeszcze długo myślałam o nich jako o parze. Dosłownie odechciewało się żyć. Przez cały dzień biła ode mnie przygnębiająca aura, odcięłam się też od innych. Musiałam jednak zareagować na Toby'ego, który zamknął za sobą drzwi na klucz no mojego pokoju, wchodząc właśnie tam. Staną tak blisko mnie, że musiałam zadrzeć głowę w górę, by spojrzeć w jego oczy. W tym momencie nie były one radosne jak zawsze, lecz wzburzone i pełne niepokoju.
- Coś ty taka... Nie jak ty.
- Eee tam... Nic mi nie jest.
 - Mam nadzieję, że nie straciłem twojego zaufania? - spytał po chwili.
 - Nie - uśmiechnęłam się smutno - To coś.. osobistego...
 Chłopak mruknął coś niezrozumiale pod nosem a po chwili poczułam, jak przyciąga mnie do siebie i nagle straciłam grunt pod nogami. Toby wziął mnie na ręce i spokojnie położył na sofie po czym uklęknął obok tak, że jego twarz była tuż przy mojej.
 - Jesteś zmęczona - powiedział stanowczo, po czym podniósł się i położył się na mnie. Mocno wtulony w mój brzuch jak szczeniak czy dziecko, powoli oddychał. - Dlaczego nie chcesz mi powiedzieć?
- To nic takiego.
- To byś powiedziała, niezła gaduła z ciebie.
- Ty nie jesteś lepszy. - udałam obrażoną.
- To może wyda się dziwne, ale kiedy nie chcesz mi czegoś powiedzieć mam wrażenie, że masz kogoś za moimi plecami lub coś w tym stylu... Coś poważnego.
- Wiesz, że dramatyzujesz?
- No spadaj... Wiesz, że nie odpuszczę. Męczę się tylko.
- Będziesz się śmiał.
- Jak zawsze. - uśmiechnął się, a ja pogładziłam go po głowie. - Musisz mi powiedzieć, bo cię nigdy nie wypuszczę.
- Ja mówię poważnie!
- Ja tak samo... Więc?
- Martwię się... - westchnęłam w końcu - że ciebie i Clockwork coś łączy, łączyło lub będzie łączyć. - zacisnęłam pięść z bluzką. - widziałam dużo paringów i tego typu pirduł z tobą i z nią. Poza tym chciała mnie zabić z zazdrości. - Toby dokładnie pochłaniał moje słowa, które na głos brzmiały jeszcze gorzej niż w głowie. - ojej... Jestem głupia. Nie było tematu. Wybacz. - próbowałam wydostać się z siodeł Toby'ego, bo czułam się po prostu zażenowana.
- Jesteś o mnie zazdrosna? - spojrzał na mnie przemieszczając się na wysokość mojej głowy.
- N-nie! - burknęłam
- Jak nie, jak tak. - odparł śmiertelnie poważnie.
Dotykając mojego policzka sprawił u mnie gęsią skórkę, co było nieprzyjemne. Byłam całkowicie zbita z tropu, nie miałam pojęcia jak zareagować. Milczałam.
- Jest coś bardzo ważnego o czym muszę ci powiedzieć... Jestem gotowy i pewny. - Zbliżył się na odległość stykania się nosów. Na kilka sekund zapadła grobowa cisza. Miał bardzo poważny wyraz twarzy, a z jego oczu bił niesamowity płomyk. - Jestem pewny, że... Kocham Cię...

-----------------------------------------
Tak nawet Walentynkowo wyszło. ❤❤❤Oczywiście dużo szczęścia i miłości w tym dniu ❤❤❤❤
Więc tak... Jeśli ktoś chce wysłać mi mordercę to może ostatecznie jutro, bo już w następnym ich użyje!
Bardzo dziękuję za wzięcie udziału w konkursie, mordercy wyszli super i mam nie lada problemu, także serio dziena!!!!
Jak się podoba nowy???
I wiecie co? Mam ferie! Także może znajdę dla Was czas xd

Pozdrawiam Ola ❤

sobota, 6 lutego 2016

Rozdział 12

           Pożegnałam ciepło chłopaków i nacisnęłam klamkę do swojego pokoju. Miałam ochotę wziąć jak najszybciej prysznic i położyć się do łóżka. Wchodząc do pokoju przetarłam oczy niedowierzania. W głowie miałam pustkę nie byłam w stanie nic powiedzieć, moje myśli stał się doszczętnie czarne na widok powieszonego truchła na środku mojego pokoju. Do mojego nosa dotarła woń krwi i ziemi... zaczęłam się dusić, starałam odszukać jakiejkolwiek ucieczki z pokoju. Było ciemno, a ja obijałam się bezwładnie o ściany, próbując uciec.  Czułam się bardzo zagubiona we własnych czterech ścianach. Spanikowana odwróciłam się w stronę wisielca i w końcu gwałtownie się wycofałam i skuliłam w kącie. Zaczęłam głęboko oddychać, otworzyłam oczy i zaczęłam przyglądać się ciału. Ona naprawdę tam było, bezwładne gnijące, porozcinane... nie byłam nawet w stanie zidentyfikować kto to był. Ostra woń krwi nagle po raz kolejny dotarła do nosa, co spowodowało u mnie silny odruch wymiotny. Zaczęło mi się kręcić w głowie. Dopadł mnie ostre duszności oraz panika. Udało mi się znaleźć wyjście z pokoju i od razu ruszyłam ku niemu. Ciężko było złapać mi równowagę, ale ostatecznie wydostałam się na korytarz, opierałam się o ścianę... mroczne ściany domu morderców zamknęłam na chwilę oczy głęboko osadzone nagle coś we mnie wybuchło i czym prędzej pobiegłam do łazienki. Na szczęście nie była zamknięta. Zamknęłam się na klucz i przez najbliższe 10 minut nie przestawałam wymiotować. Schowałam twarz w dłoniach staram się dojść do siebie. Odkręciłem zawór lodowatej wody w prysznicu i włożyłam tam głowę. Nie wiedziałam co właśnie się wydarzyło... wróciłam do domu z krótkich wakacji, a tam czeka na mnie niemiła niespodzianka... w moim pokoju wisiała zamordowana osoba. Aż strach pomyśleć jak wyglądał mój pokój, gdybym zapaliła w nim światło...
    Nie jestem pewna ile czasu dokładnie spędziłam w toalecie. Wyrwał mnie stamtąd czyjś głos. W głowie tak mi huczało, że nie byłam w stanie rozpoznać kto dobija się do łazienki. Przetarłam załzawione oczy i umyłam zęby. Wzięłam kilka wdechów i spróbowałam wstać. Powoli uchyliłam drzwi, za którymi dostrzegłam dobrze znaną mi czrną czuprynę w komplecie z błękitnymi oczami.
- Alice ile ty tam siedzisz?! – zawołał dość spokojnie – zaraz się zsikam… tak teraz myślę, że raczej nie powinienem tego mówić… - chciał coś powiedzieć, ale złapałam go lodowatą dłonią – co jest? – spoważniał.
- Proszę, pomóż mi…-  oddychałam ciężko.
Zaprowadziłam z oporem Helen’a pod drzwi mojego pokoju, ale bałam się je otworzyć.
- Coś tam jest? – spytał troskliwie odchylając mi podbródek, tak żebym na niego patrzyła. Nieśmiało kiwnęłam głową i schowałam się za chłopakiem. Kurczowo trzymała się jego pleców i skrywałam się za nimi głowę. Otis uniósł rękę do gory i spojrzał za siebie, chciał dostrzec moją ukrytą osobę.
- Zachowujesz jak mała, przestraszona dziewczynka. – rozczulał się – W woim pokoju nie ma potwora czy czegoś, nie musisz się bać. Pyzatym jestem tutaj i nic Ci nie grozi.
- Ciekawe co powie jak tam wejdzie… - zamartwiałam się w myślach i dosłownie zaczęłam dygotać.
- No już spokojnie…- zaśmiał się i podszedł do drzwi. Gdy je uchylił uderzyło  w nas ciepłe powietrze o duszącej, obrzydliwej woni zgnilizny. Zapach był na tyle silny, że Painter ukrył nos i usta w dłoni. Nie odezwał się choćby słówkiem. Zrobił krok na przód, a ja dreptałam tuż przy nim. W końcu nadszedł moment zapalenia światła. Początkowo lekko mnie oświetliło, ale zaraz potem miałam pełny obraz na… to… To pomieszczenie nie przypominało już MOJEGO pokoju, była to raczej sala tortur, a raczej sala egzekucyjna. Postanowiłam wyjść zza bezpiecznych pleców chłopaka i ocenić sytuację. Ten ani drgnął, stał jak kołek wbity w ziemię. Krew jakby z niego spłynęła, był blady jak ściana, a ręce mu opadły. Wpatrywał się w coś, co było w centrum pokoju… postanowiła to chwilowo ominąć. Skupiłam się na ścianach oblepionych od podłogi po sufit flakami i wnętrznościami. Różowe, lepkie organy zapełniały całą wolną przestrzeń tak jak i krew. Powoli obracałam się wokół siebie... nie czułam nic. Wirowałam dopóki nie napotkałam przed swoją osobą, postaci, na którą od dłuższego czasu wpatruje się Helen. Moje ciało przeszły jednocześnie dreszcze i mrowienie. Głowa mi wirowała, a serce tłukło jakby podczas palpitacji. Łykałam powietrze, jakby pozostało go jedynie nikłe resztki na Ziemi. Dusiłam się własnym, nierównym oddechem. Łzy nie pamiętam kiedy zaczęły mi ściekać, to był początek stanu paniki, z którego szybko się nie otrząsnęłam. Zatkałam usta, wtedy jeszcze trudniej było mi oddycchać. Zaczęłam się jakby dusić, roztrzęsione serce podskoczyło mi do gardła. Zatkałam uszy, zgięłam się w pół i bezwładnie zapiszczałam mocno zaciskając oczy mokre od łez. Jednocześnie czułam obrzydzenie, bezsilność i strach. Niespodziewanie poczułam siłę, która mi szarpie, a raczej przyciąga. Uniosłam na chwię powiki. Byłam wciśnięta w tors czarnowłosego. Oplatał mnie ramionami z całej siły i zaczął wycofywać nas od truchła. Spojrzał na mnie czując obecność moich oczu na sobie.
- NIE PATRZ!!! – wydarł się, jednocześnie jedną ręką przyciskał moją głowę do swojej klatki, a drugą początkowa trzasną drzwiami, a następnie zaciągnął swój granatowy płaszcz, tak, że byłam schowana pod nim.
Czułam jak chłopak opiera się przy ścianie i coś nuci mi do ucha. Kiedy jego serce wróciło do normy, mojemu było zdecydowanie łatwiej się uspokoić.
- CHŁOPAKI CHODŹCIE NATYCHMIAST!!! – krzyknął przez co ja zatkałam sobie uszy.
Czyłam kroki, które tu się zbliżały. Toczyły się dialog pomiędzy grupką ludzi, nie słuchałam, a może raczej nie chciałam słyszec co tu się dzieje… Zaczęłam rozmyśleć nad tym co mną tak wstrząsnęło, a konkretnie ciałem, które zawisło w centrum mojego pokoju. Była to dziewczyna w moim wieku… normalne co jej pozostało to długie, falowane, brązowe włosy. Nie miała kończyn, były jakby powyrywane… w oczach miała noże… brzuch rozszarpany i wydrążony, a pustka została zapełniona pluszowymi misiami… nie zdołałam dostrzec więcej szczegułów, ale to i lepiej. Na samo wspomnienie dostałam ataku drgawk i schowałam głowę w klatkę Helen’a kurczowo się tuląc. Poczułam nagle powiew wiatru, najwyraźniej Otis pokazał mnie reszcie, a następnie ponownie ukrył . Postanowiłam robić głębokie wdechy i
wydechy. Nagle zostałam poderwana do góry i zaniesiona do łazienki. Helen ściągnąłze mnie swój płasz i posadził na toalecie. Chwycił rączkę od prysznic i wymierzył nią we mnie. Poczułam jak lodowata ciecz drastycznie doprowadza mnie do porządku. Otrząsnęłam się i jednym sprawnym krokiem żuciłam się Otisowi na szyję… nie miałam zamiaru go puszczać bardzo go potrzebowałam. Zostałam zaniesiona na rękach jak księżniczka do pokoju, w którym pachniało farbami. Zostałam usadowiona na łóżku z czarną pościelą. Całkowicie opadałam z sił i przestawałam racjonalnie myśleć. Siedziałam tak, jak jedna z tych lalek Jasona… tak bezwładnie… Otis grzebał w swojej szfie i wkońcu podał mi swoją czystą, białą koszulę. Chłopak odwrócił się i cicho dał mi znać, żebym się przebrał. Koszula była na tyle długa, że zakrywała mi tyłek. Westchnęłam ciżko nie wiedząc co robic.
- Posłuchaj Alice… - podszedł do mni i ukląkł przedemną. Złapał mnie za dłonie i mówił kojąco –Nie masz nic przeciwko, żebyś została tutaj? Trzeba u ciebie posprzątać i nie chcę żebyś tam chodziła. Dobrze? – spytał poprawiając mi włosy. Patrzyłam chwilę na niego, jego twarz taka spokojna… w pięknych, wilkich błękitnych oczach odbijał się księżyc… delikatne blade usta… czarne roztrzepane kosmyki… Poprawiłam mu je i mocno przytuliłam się do niego. Poczułam jak gładzi mnie po plecach. Jakoś śmiesznie mnie ułożył i przykrył kołdrą. Sam położył się obok przytulając mnie. Chwilę puźniej spałam.
Obudziłam się, gdy było jeszcze ciemno, a z okna bił ciepły blask. Podeszłam i zauważyłam ognisko, a pośród niego większość mieszkańców… palili ciało tej dziewczyny i o czymś rozmawiali. Odeszłam jak najszybciej i oparłam się o komodę. Pod dłonią poczułam jakiś świstek. Udało mi się odczytać co tam było napisane.
„Alice musiałem natychmiast wyjść z innymi na misję od Slenderman'a, wrócimy zapewne jutro po południu… przepraszam…. Śpij dobrze i nie bój się. Został Toby, Jane i parę innych osób. NIE WCHODŹ DO SWOJEGO POKOJU! Xoxo Helen” Zmięłam kartkę lekko poirytowana i opadłam na łóżko.
- Więc jestem sama…
Przekręcałam się z boku na bok ciężko przy tym sapiąc. Drażnił i przerażał mnie każdy dźwięk. Udało mi się zasnąć, jednak, na krótko. Ze spoczynku wyrwał mnie koszmar. Zalana łzami i potem udałam się do łazienki, żeby się uspokoić. Za bardzo bałam się zejść do kuchni napić się, więc zadowoliłam się wodą z kranu. Bałam się… zostać sama, złapałam poduszkę i jakiś koc z fotela i na paluszkach uchyliłam drzwi do pokoju Toby’ego. Spał sobie w dresach i podkoszulku pod rozwaloną kołdrą. Na łóżku rozwalił się jak król z otwartą buzią i rękoma uniesionymi wysoko.
Zachichotałam pod nosem i zamknęłam za sobą drzwi. Kucnąłam przy śpiącym królewiczu i szturchałam go palcem po policzku.
- Boże… jak on słodko wygląda… Hej Toby… Hej… Toby… Hej Toby! – powtarzałam… poczułam się jak właśnie on kiedy dręczy Masky’ego. – Toby!!! – chłoapk wzdrygnął się, a ja szybko schowałam się za poduszkę. Bałam się, że mnie uderzy, tak jak podczas naszego pierwszego spotkania. Zapamiętałam, że nie wolno gwałtownie budzić śpiącego mordercy.
- Hemmmm… -ziewnął – co się dzieje? – wymamrotał – ktoś tu jest? – przeżucił się na bok. 
- Taaak… ja…. – odsłoniłam się i mocno przytuliłam poduszkę.  Chłopak zrobił wielkie oczy i momentalnie się zerwał.
- Coś się stało?!
- Tak jakby, to znaczy NIE! Po prostu bardzo boję się spać sama... – cudem wydusiłam – i zastanawiałam się czy nie mogłabym tu przenocować u Ciebie...
- Co za pytanie!- uśmiechnął się – jesteś tu bardzo mile widziana! Rozgość się!
- Ojej, naprawdę? Dziękuję! Emmm… więc nie zwracaj na mnie uwagi i śpij sobie. – dodałam i rozłożyłam się na podłodze obok łóżka.
Po kilku sekundach ciszy Toby zaczął:
- To nie duże łóżko, ale się zmieścimy. Choć tu do mnie.
- Nie, nie trzeba, dzikuję. – troszkę się speszyłam.
- To dobrze. – zbił mnie z tropu, z jednej strony mnie zaprasza, a nagle… NO włanie… nagle zostałam podniesiona na ręce przez brunata i położona na łóżku.
- Ale… - zajęczałam
- Co? Coś mówisz? Wybacz nie słyszę. – zachichotał. Był zwrócony w moją stronę. Nasze twarze dzieliło raptem dziesięć centymetrów. Chłopak miał zamknięte oczy i wielki uśmiech na twarzy. Obserwowałam go badawczo. Gdy przejechał mi chłód po plecach zrozumiałam, że nie mam kołdry.
- Mogę trochę kołdry?- szepnęłam.
- Jasne tylko ymmm… musisz się przysunąć. -I tak zrobiłam. – jeszcze trochę… - przysunęłam się i stykaliśmy się ciałami. Biło od niego bardzo przyjemne ciepło. – I- idealnie – odparł lekko się jąkając. Bałma się poruszyć. Nasze oddechy się mieszały… Szybko odwróciłam się od chłopaka i skuliłam się w kłębek.
- Może i coś do niego czuję… motyle w brzuchu… to takie dziwne… - rozmyślałam.
Po dwudziestu minutach nadal nie spałam, zastanawiałam się czy mój współlokator, też nie śpi.
- Toby… śpisz…
- Nie…
- A co robisz?
- Patrzę na Ciebie… - momentalnie zrobiło mi się gorąco i odwróciłam się w stronę twarzy Toby'ego. On opierał głowę o łokieć.
- I co ciekawego widzisz? – zaśmiałam się pod nonem.. Na moje pytanie nie otrzymałam odpowiedzi, chłopak szybko odwrócił wzrok. Toby połżył  się tuż przy mnie, tak jak na początku.
- Nie możesz spać?
-  Tak trochę.
- Powinnaś odpocząc. Miałaś ciężki dzień.
- Po prostu przyznaj, że zaraz zaśniesz.
- Nie! To nie tak!
- Pogadajmy czy coś! Nie chcę spać!
- Zachowujesz się jak małe dziecko.
- Nie prawda!
- Prawda!
- Nie prawda!
- Prawda!
- Nie prawda!
- Prawda!
- Nie prawda!
- Prawda!
- Nie prawda!
- Prawda!
- NIEEEEEE!!!
- No już dobrz, dobrze… jesteś bardzo duża… - zaśmiał się i przejechał mi palcami po włosach. -  Pogadamy jutro, o czym tylko zachcesz, ale proszę zaśnij już.
- Ale jak?

- Hmmm… Moja mama zawsze robiła tak... i zawsze zasypiałem – zbliżył się i przyłożył swoje wargi do mojego czoła i pozostał tak przez kilka sekund. Moja twarz w jedną sekundę stała się czerwonym pomidorkiem. Gdy odsunął się, oplutł mnie ramionami i przytulił z całej siły.
- Dobranoc Alice…
- Branoc…  - prawie zapiszczałam i ostatecznie zasnęłam.
Rano obudził mnie przesłodki zapach. Otworzyłam oczy i zauważyłam jak Toby zmienia swoją bluzkę. Szybko schowałam się pod kołdrę bardzo zawstydzona.
- Alice, widzę cię… możesz wyjść – wysunęłam głowę, tam stał toby wyraźnie rozbawiony, kucał przy łóżku. – mam dużo sprzątania i ogólnie roboty, zrobiłem Ci gofry. A tam masz ubrania. Jak już zjesz poszukaj Jane. I nie wchodź do twojego pokoju. Rozumiesz?
- Ale mogę pomóc sprzątać.
- Nie…
- Yyy, mieliśmy pogadać.
- Tak wiem, pogadamy wieczorem… chcę cię spytać o coś bardzo bardzo ważnego.
- O-ok…
- O co on chce mnie spytać?!?!
Wzdrygnęłam się i sięgnęłam po gofry, koszula zsunęła mi się rąk odsłaniając liczne głębokie blizny po cięciach… Widocznie robiłam to… miałam też takie na udach…
Toby, który siedział obok łóżka złapał mnie za rękę i przejechał palcami po bliznach.
- CO TO?! – krzyczał… był wściekły?
- C-ooo – wystraszyłam się nie na żarty i chciałam się odsunąć.
- Wystraszyłem cię? P-przepraszam! – przytulił mnie – po prostu się martwię
- Nie pamiętam czemu…
- Rozumiem…
Chłopak niechętnie mnie opuścił, ja zjadłam i ogarnęłam się. Czym prędzej udałam się do pokoju Jane. Ta zwijała się z bólu w łóżku. Kobieca solidarność zmusiła mnie do udania się do sklepu po leki przeciwbólowe i podpaski.
Przez drogę powrotną czułam się obserwowana, gdy biegłam słyszałam szlesty w krzkach, a wielkie gałęzie spadały tuż obok mnie. Zakrywałam głowę i biegłam ile sił w nogach. Nie powiedziałam nic Toby'emu i Jane... nie chciałam ich martwić. Siedziałam smętna na kanapie, gdy nagle pod moją pupa coś zawibrowało. To był telefon i okazało się, że był Clockwork... Dostała sms'a od jakiejś Diny...
"Nastraszyłam ją wystarczająco tym trochłem w jej pokoju?"
Zrozumiałam, że chodzi o mnie. Postanowiłam odpisać.
"Wyszło genialnie"
"Musisz mi nieźle dziękować mała!"
"Tak, tak wiem..."
"Śledziłam ją też w lesie... Postraszyłam gówniare..."
"Wiesz co..."
"Tak?"
"Słyszałam, że idzie do lasu... Sama! Załatw ją"
"W końcu się zdecydowałaś! Przyjęłam!"
Dla mnie wszystko było jasne... Muszę walczyć o swoje bezpieczeństwo... Przebrałam się na czarne jeansy, bluzkę i tramki, cichcem zabrałam ozdobny miecz z biblioteki Slenderman'a i poszłam spotkać się z tą całą Diną.
Nie szukałam jej długo, stała na gałęzi jednego z drzew. Krótko ścięta blondynka, ubrana w obcisły biały kostium... Jej oczy wyglądały jak nocne niebo pełne gwiazd. W dłoni dzierżyła biały miecz.
- Ja jestem Judge Angel! Przyszłam, żeby Cię osądzić!- krzyknęła.
Zmierzyłam ją swym obojętnym spojrzeniem.
-Spróbuj- wycedziłam przez zaciśnięte zęby, szyderczo się uśmiechając.
-Sama tego chciałaś.
Z niewyobrażalną szybkością dobyła miecza, zamłynkował nim i ustawił się w pozycji bojowej. Nawet nie mrugnęłam, wyceniałam odległość dzielącą nas.
-Jakieś 30 metrów- pomyślałam- zdążę się rozpędzić... Dobrze. Nie chciałam dłużej czekać na ruch przeciwnika i zaczęłam biec.
   -Była cholernie szybka. Nigdy nie widziałem żeby człowiek poruszał się z taką prędkością...
   Cały dystans pokonała w czasie trzy razy krótszym, niż przewidywałam. Opuściłam klingę niżej szykując się do cięcia płasko w lewe biodro. Ona stał w miejscu. Poruszyła się dopiero wtedy, gdy dystans dzielący ich zmalał do trzech metrów. Wysunąła lewa nogę do przodu, szykując się do skoku, chciała wybić się, szybko odskakując w lewo i szykując się do cięcia w prawy bok. Ale znałam ten manewr i nie dałam się zaskoczyć. Rzuciłam się ku przeciwnikowi. Zanim tamten zareagował, chwyciłam go w locie za ramię i szyję, lecz zamiast złamać mu kark, obrócił się tylko tak, by znaleźć się za nim i błyskawicznie odbiłam się od rywala nogami, przewracając go na wysoką trawę. Ta przejechała na brzuchu parę metrów, po czym momentalnie wstała i znów zaatakowała. Nie zrobiła nawet 3 kroków, kiedy zwinnym kopniakiem w brzuch odrzuciłam ją do tyłu. Zakrztusiła się własną krwią i padł z powrotem na ziemię. Dostała nagle ataku duszności.
-Mocny jest- pomyślałam.
Kiedy przestała się rzucać, znów przybrałam swój obojętny wyraz twarzy. Wystarczyło zadać jeden celny cios w serce...
- Błagam oszczędź ją...- uświadomiła sobie co ja właściwie zrobiłam. Za mną kilka metrów stał Otis z przerażeniem na twarzy... Spojrzałam na dziewczynę, później na Painer'a i innych stojących za nim. Serce pękło mi na drobne kawałeczki. Wiedziałam, że zrobiłam coś złego... Wypuściłam miecz z dłoni... Ostatni raz spojrzałam na dziewczynę i odwrociłam się od niej. Powoli szłam w stronę Helen'a, który już czekał z otwartymi ramionami.
- Powolutku... Choć do mnie. - mówił delikatnie.
Stanęłam metr przed nim. Nie zdołałam zrobić kolejnego kroku... Lodowaty ból... przetoczył się przez moje zmęczone ciało. Opuściłam głowę ostatkiem sił... Przez mój brzuch przedarło się lodowate ostrze. Zerknęłam kątem oka w tył... To ta dziewczyna... wbiła mi miecz od tyłu... Wkrótce przestałam czuć cokolwiek... Wyplułam krew z ust... Helen krzyczał, chyba płakał... Potrząsał mną...Osuwałam się w nicość...

---------------------------------------------------

Drugi sezon rozpoczynam z hukiem...
Powiem, że czeka nas romansik w następnym rozdziale już mi krew z nosa cieknie xd a zgadniecie z kim????
Już niedługo cała prawda o Alice! Hahaha

Przypominam o konkursie i dziękuję za nadesłane prace!!!!  Wowowowowow ❤❤❤
I przypominam, że w sumie potrzebuję trzech morderców, także szanse są duże :)

czwartek, 4 lutego 2016

Konkurs!!!

Witam wszystkich czytelników! Bardzo dziękuję, że czytacie moich wypociny! ❤❤❤
Nie wiem czy mogę nazwać to konkursem, ale chcę umieścić do opowiadania postacie stworzone przez Was!

Jedna osoba może stworzyć dwie postacie 1) normalny ziomek 2) morderca. Może to być postać na bazie Waszej osoby (tak jak Alice jest na mojej xd) lub ktoś caaaałkiem wymyślony!

Prosiłbym o dokładny opis (kilka zdań o historii, wyglądzie ble ble nikt tu nie jest głupi oprócz mnie wiadomo o co chodzi) postaci z podaniem wszystkiego o niej, a jak komuś się zechce to i szkic :) Puśćcie wodze wyobraźni tylko bez golasów...
Pamiętajcie postać zwykła i morderca. Płeć dowolna :)

W razie wątpliwości proszę o pytania na e-maila oraz tam nadsyłanie Waszych propozycji (żeby nie było plagiatów)

sallywaynesf@gmail.com

Czas załóżmy jest do następnego piątku oki? - w razie potrzeby przedłużę

Liczę na Waszą kreatywność!!!
Pozdrawiam Ola

P.S. Podpiszcie się jakoś :D

wtorek, 2 lutego 2016

Rozdział 11

           Wrzuciłam pierwsze lepsze ciuchy i podstawowe przedmioty do przetrwania do torby. Założyłam biały top i krótkie, czarne spodenki i krótkie trampki. Złapałam torbę i zbiegłam na dół. Zeskoczyłam z ostatniego schodka i uniosłam wysoko ręce i rozciągnęłam się z wielkim uśmiechem. Poszłam do kuchni i złapałam kilka owoców na drogę.  Wgryzłam się jabłko i nie wypuszczałam go z buzi. Odwrociłam się od blatu, spojrzałam w stronę drzwi i pewnym krokiem ruszyłam do wyjścia. Moją uwagę i vice versa zwrócił jeden z mieszkańców jedzący śniadanie. Siedział tam chłopak w czarnym t-shirt'cie, czrnych jeansach i trampkach. Miał bladą, wręcz lekko szarawą skórę. Jego włosy były kasztanowe, a oczy jakieś dziwne . Białka były szare, a soczewnki czarne. Co jakiś czas spływała z nich czarna wydzielona. Patrzyliśmy na siebie do chwili, gdy nie wypadła mu z dłoni łyżka. Wzdrygneliśmy się i nastała niezręczna cisza. 
- Gdzie idziesz? - zadał pytanie prosto z mostu, jakby go to obchodziło. 
- Jadę na biwak z chłopakami.
- Z kim dokładnie? 
- A co to za dochodzenie?
- Emm nie, nie. Tak tylko pytam, sorry. 
- Z Masky'm i  Hoody'm.
- Ej, bluzka skurczyła Ci się w praniu? - spytał złośliwie machając okrężenie sztućcem. 
- Nieee to tak ma być. - mruknęłam nieco się czerwieniąc. Jakby nie patrzeć cały brzuch miałam odkryty. 
- A tak serio to wszystko masz?
- Tak... Chyba tak... Dzięki.
- Wziąłaś swoją mp3? 
- Ah!!! Nie mam! - złapałam się za głowę. Zazwyczaj nie rozstaję się z nią nawet na krok. Czasem... No dobra dość często wolę założyć słuchawki niż słuchać kłótni psycholi. Zapewne używałam jej przez większość czasu zanim zamieszkałam z mordercami, gdyż było na niej blisko 300 piosenek i była trochę porysowana. - Ale chwila, skąd o niej wiesz? - odparłam bardzo zdziwiona. 
- Skąd to wiem? Hmm... - uśmiechnął się tajemniczo. - Niezbyt się zmieniłaś...
- Słucham? O co chodzi? Co to znaczy, że się nie zmieniłam?
- To co oznacza. Mówię, że się nie zmieniłaś. - zaśmiał się.
- To jaka byłam wcześniej?! - prawie krzyknęłam. Doszło do mnie, że jest jedyną osobą, która może mi coś powiedzieć o mnie. - Proszę powiedz mi coś o mnie!
- Yyymm może później hehe - wstał z wielkim uśmiechem na ustach. Widać, że uwielbiał się droczyć. 
On coś o mnie wie! On naprawdę mnie zna! Nie mogę mu tak łatwo odpuścić.
- Poczekaj no chwilę! - zagrodziłam mu możliwość  przejścia. - Proszę... Powiedz mi coś o mnie... - błagałam.
- Ale jesteś uparta. - westchnął teatralnie i żeby dokuczyć mi jeszcze berdziej dodał - To też się w tobie nie zmieniło. - całkowicie zbił mnie z tropu, ziemia osunęła mi się pod nogami. 
Niespodziewanie Jack chwycił mnie za boki, usiusł i przesunął, tworząc sobie przejście. 
- No to pa! Dziewczyno!
- Ja mam imię!
- Czyżby? - obejrzał się przez ramię z bardzo poważną miną.
Opadłam na krzesło, gdzie dopiero co siedział E.J. i nie patrząc co jest w misce, przebierałam w niej chwilę łyżka, a następnie włożyłam do buzi. W życiu nie jadłam nic o tak dziwnym smaku, nie to, że mi nie smakowało, po prostu miało dziwną konsystencję, zapach, a smak taki...taki egzotyczny. Dokładnie przeżułam pokarm i połknęłam. Moje główkowanie przerwał Jack schowany za ścianą.
- No no, nikt inny nie jadł moich nerek z takim smakiem.
- N-nerek?
- Tak, nerek. Nie zjedz mi wszystkiego.  - zaczął ostro grać mi na nerwach. Złapałam miskę i szybko zaczęłam pochłaniać nerkę za nerką. Co jakiś czas zerkałam na chłopaka, który pochłaniał, każdy mój ruch z ciekawością. 
- Ej mówię serio, zostaw mi trochę! - zawołał nieco przestraszony.
Byłam w stanie odpowiedzieć mu dopiero po skończonym posiłku. Odstwiłam miskę jednocześnie wycierając buzię. Z wielkim, zwycięskim uśmiechem podziękowałam za posiłek i dumna jak paw opiściłam dom.  W tamtym momencie nie zdałam sobie sprawy jak duży błąd zrobiłam opychjąc się surowymi... krwawymi... ludzkimi... nerkami. Jak on może to jeść dzień w dzień?!
Zaciągnęłam się świeżym powietrzem, świeży wiatr muskał moją twarz, a poranne promienie słońca zachęcały do życia. 
- No ile można na ciebie czekać?! Zbierasz się tam nie wiadomo ile! - zawołał Masky, a raczej Tim... To był zdecydowanie Tim, młody, przystojny chłopak o pogodnym uśmiechu. Bez maski, swojej słynnej pomarańczowej kurtki i noża u boku, mimo blizn nie wyglądał jak złodziej tysięcy fangirlowych serce... Eee... To znaczy jak morderca. Machał w moją stronę, dając znak, żebym się pośpieszyła. Podbiegłam do niego i poczochrałam jego idealnie ułożone włosy. 
- Młoda nie pozwalaj sobie! Wiesz ile je układałem... - zaśmiał się, od niechcenia poprawiając fryz. - Z twoimi nie trzeba nic robić... Pudlu. 
- No wiesz... Układałam je całe 3 minuty!
Pośmialiśmy się chwilę, w końcu chłopak wrzucił moją torbę do tylnego siedzenia. Wyglądało na to, że czekamy na Brian'a, który miał być naszym kierowcą. Jak bardzo myliłam się... Z rezydencji wyszedł wysoki chłopak ubrany podobnie do Tim'a. Był w czarnej bluzce z krótkim rękawem i moro szortach. Jakiś obcy koleś, nieco starszy od nas szedł tu i machał kluczykami. Miał bardzo spokojny wyraz twarzy, wręcz czarne włosy i ciemne oczy.
- Co to za gość?! - krzyknęłam groźnie. Po moim pytaniu obaj wybuchneli śmiechem, który nie ustawał przez następne minuty. Trochę zaczynali się dusić, po czym oddychali głęboko, dając mi do zrozumienia, że za chwilę się uspokają.
- Co tu jest grane. - zrobiłam minę postrzelonego łosia.
- T-to ja H-hoody... B-brain... Kojarzysz? - przyglądałam mu się chwilę badawczo, drapaiąc się w brodę.
- Ty masz twarz?! - I znów śmiali się ze mnie jak opętani. Oparłam ręce o biodra i czekałam kiedy skończyął. - Możemy już jechać?
- No jasne! Alice, Brian ma tylko kominiarkę podczas akcji. Sleder tylko ją ciut ulepszył. 
- Ehhh mogliście powiedzieć.
- Nie byłoby tak śmiesznie. - zawołali razem i szturchneli mnie w ramiona. 
- D-dobra, kto jedzie z przodu? - spytał od niechcenia Hoody.
- JA! - moja wypowiedź przerwała Masky'ego.
- Możesz sobie siedzieć z tyłu frajerze!
- Sama idź do tyłu! Ja siedzę z przodu! - kłóciliśmy się jak małe dzieci, ostro się przy tym przepychając. 
I wiecie co! Przegrałam... Zajęliśmy swoje miejsc, ja udawałam lekko obrażoną, do tego Tim odwracał się co chwila w moją stronę i dźgał mnie w nogi. Okazywał w ten sposób swoje zwycięstwo. Nie zostawałam mu dłużna i kopałam go w siedzenie, on w zamian obniżył maksymalnie fotel. 
- Jak się zaraz nie uspokoicie przysięgam, że was wysadzę! - krzyknął Hoody zatrzymując pojazd. Widział, że nieźle się go wystraszyliśmy, dlatego po chwili dodał - Żartuję... Nie przeszkadza mi to. 
Podczas jazdy nie wydarzyło się wiele. Co jakiś czas wysuwałam się do przodu i dotukałam twarzy Brian'a .
- A-alice, słońce, co ty robisz? Hmm? Zobaczysz, że zaraz zrobię wypadek. 
- Nie rób. Ja tylko sprawdzam czy ta twarz jest prawdziwa. 
- Słucham? - zachichotał.
- Gdzie jest haczyk?
- Nie ma to moja prawdziwaaaa... - przeciągnął ostatnie słowo, bo zrobiłam mu z ust kaczuszkę. - Aliceee... - najwyraźniej bardzo bawiło go moje dziecinne zachowanie.
Gdy byliśmy pewni, że Tim słodko śpi, za pozwoleniem kierowcy narysowałam na jego twarzy dużo głupawych rysunków. Masky zorientował się, że ma coś na twarzy dopiero na miejscu. Z resztą tak samo jak i ja. Głupia nie spodziewałam się, że Hoody wyroluje nas oboje. 
Najzabawniejsze w tej podróży, były przymusowe postoje związane z chorobą lokomcyjną Tim'a. Śmiałam się jak głupia, gdy Hoody uciekał Tm'owi samochodem, gdy ten już załatwił swoje w krzakach. 
Plecy bolały nas wszystkich po przejechaniu blisko trzystu kilometrów. Było jednak warto, dla tak cudowanych widoków. Po wyjściu z auta, rozłożyliśmy koc i zjedliśmy kanapki i obowiązkowo sernik.Wokół nas znajdował się gęsty las, obozowisko postanowiliśmy rozbić przy jeziorze o diamentowej wodzie z zapierającym dech w piersiach widokiem na góry. Po umyciu twarzy wraz z młodszym bratem poszłam do bagażnika samochodu, po namiot tam schowany. Otworzyłam klapę i jednocześnie odskoczyłam i zaczęłam piszczeć z przerażenia. Gdyby Masky mnie nie złapał upadłabym na kamienie. Jego reakacja była podobna do mojej na widok skulonego w bagażniku Toby'ego, który machał do nas.
- Hey Masky, hey Masky, hey Masky! - nieprzerwanie wołał Toby.
- Kurwa... - wycedził wściekły Tim, zatrzasnął klapę i usiadł na niej.
- Co się dzieje? Słyszałem krzyki przestraszonej, małej dziewczynki. - prychnął ze śmiechu Hoody, który podbiegł.
- Ja nie wiem... - odparłam tępo.
- Tim?
- Spytaj tego idiotę!!!- krzyknął strasznie zdenerwowany.
- Otówrz bagażnik.
- A sam sobie otwórz! - wydukał, zaskoczył z samochodu i rzucał kaczki przy jeziorze. 
- No dobra zobaczmy co tu jest....  TOBY?!?!?! - On również nie ukrywał zaskoczenia. Pomogliśmy wyjść mu z pomieszczenia i patrzyliśmy się jak się rozciąga.
- Co tu robisz? Jak??? - rozłożyłam ręce z niedowierzaniem. 
- Przyjechałem z wami na biwak oczywiście. Przecież nie puszczę cię samej z mordercami do lasu! 
Mordercami... No tak oni zabijają... Ciężko mi w to uwierzyć, jeszcze nie widziałam jak ktoś ginie z rąk któregoś z nich.
- Co tak myślisz? - spytał Hoody kładąc mi dłoń na ramieniu. 
- Ehh, zastanawiam się co z namiotem.
- Faktycznie... Chyba musimy wrócić do domu. 
- Nie ma takiej opcji! Słuchaj wzięłam kilka kocy do mojej torby, możemy spać pod gołym niebem. Rozpalimy ognisko to będzie nam znacznie cieplej. 
- Dobrze myślisz, może nie będzie tak źle. Powinniśmy zebrać dużo opału. Tim... Gdzie on... - tak dyskutowaliśmy, że nie zauważyliśmy jak chłopcy wszczeli już kłótnię i Toby uciekał przed Tim'em i jego kijem. Po rozdzieleniu ich, rozproszyliśmy się i naprawdę szybko zebraliśmy to czego szukaliśmy. Z rozpaleniem ognia też nie było problemu, bo osobiście tym się zajęłam. 
- To co chcecie robić? - spytałam.
- Może przejdziemy się? - spytał Hoody wyciągając sprej na komary z auta. Zaczął dokładnie nas psykać.
- Utopmy Toby'ego... - najwyraźniej Masky był jeszcze wkurzony.
- Nie utopimy go... - zrobiłam facepalma.
- Zjedzmy coś jestem strasznie głodny... Tyle godzin siedziałem w tym bagażniku.
- Trzeba było tam zostać...
- Chłopaki dajcie spokój. Mamy się super bawić, a nie kłócić się o byle co.
- To nie byle co!
- Słuchajcie, damy jeść Toby'emu i chodźmy popływać. Woda zapewne się nagrzała po takim upale. - moją propozycja została przyjęta z dużym entuzjazmem.
Schowałam się do lasu i przebrałam w dwuczęściowy, czarny strój kąpielowy. Zastanawiałam się czy mogę tak do nich iść, na samą myśl robiłam się cała czerwona. W końcu jednak wzięłam się w garść i z jeszcze większym burakiem wyszłam do nich. Czekali już na plaży. Pomachałam do nich tym samym sprawiając u nich typową rekcję, gdy chłopak zobaczy dziewczynę w samej bieliźnie. Szybko odwrocili głowy i nic nie mówili. Toby chciał coś wydukać, ale niezbyt mu wyszło. Sama nie byłam w stanie nic powiedzieć. Miałam wrażenie, że ze wszystkich otworów mojego ciała wypłynie wodospad krwi. Nie mogłam, po prostu, nie mogłam oderwać wzroku od ich idealnych klat. 
- Może poskaczemy z tamtej liny? - zaproponowałam cicho. Chłopcy tylko pokiwali głowami. 
Przy świetnej muzyce, zabawa w wodzie była epicka. Wrzucanie, popychanie, podtapianie, chlapanie, było wszytko. Nawet nie zauważyłem kiedy zrobiło się ciemno, a komary stały nie do zniesienia.
W drodze powrotnej atmosfera znacznie się rozluźniła. Toby z Masky'm  udowadniali sobie czyj skok był lepszy, a ja i Brian podśmiewaliśmy się z nich. 
Niespodziewanie poczułam na swoich plecach zimną dłoń. 
- Plecy ładnie się zagoiły, ale zostaną ci okropne blizny.
- Nie szkodzi, dziękuję, że mi pomogłeś.
- Nie ma sprawy, zastanawiam się... Kto mógł to zrobić i dlaczego.
- Sama chciałbym wiedzieć.
Przed snem pochłoneliśmy tonę jedzenia i próbowaliśmy ustalić kto z kim śpi. Koców nie było wystarczająco musieliśmy spać po dwie osoby.
- Niech Toby śpi w bagażniku!
- Nikt nie będzie spał w aucie! - warknął Hoody i trzepnął brata w głowę. 
Po długich i nużących negocjacjach, ustaliliśmy, że dzisiaj będę spała z Masky'm, a jutro z Toby'm... 
Nie spaliśmy jeszcze, gdyż Toby zaczął oskarżać Tim'a o nieprzyzwoite zachowanie względem mnie. Wytłumaczyłam mu, że opisuję Masky'emu konstelacje, ostatecznie cała nasza czwórka siedziała na kamieniach i podziwiała jeszcze długo gwiazdy. Nie zorientowałam się kiedy słodko zasnęłam. O poranku dowiedziałam się od ptaków, których śpiew wesoło rozbrzmiewał w lesie. Obudziłam się przytulona do dłoni Masky'ego on natomiast kurczowo trzymał się mojej drugiej dłoni. Zaśmiałam się pod nosem, wyśliznęłam się i poszłam się umyć. Następnie obudziłam wszystkie śpiochy. Gdy wszyscy byli już w miarę ogarnięci, spakowaliśmy się do wycieczki. Nawigtorem został na nasze słodkie nieszczęście Toby Rogers. Dlaczego niestety? To wyjaśnia sytuację, dlaczego drugą noc spędziliśmy na drzewach. Tak... Na drzewach. Pieliśmy się coraz wyżej, wzdłuż źródła. Otaczała nas nieziemska przyroda. Zrobiliśmy kilka przerw na posiłek i godzinny sen w cieniu drzew. Słońce prażyło, co odbierało nam sił, szczególnie, że Toby wybierał najtrudniejsze szlaki. Znacznie oddaliliśmy się od obozu i gdy słońce zaczynało opadać uznaliśmy, że czas wracać. Zaczynało mi coś nie grać, gdy Toby podrapał się w głowę, obserwując mapę i teren. Dyskretnie do niego podeszłam, żeby nie wzbudzić podejrzeń u reszty.
- Wszystko w porządku?
Chciał mi odpowiedzieć, jednak przerwał nam podekscytowany Masky.
- Ogarnijcie jaka jaskinia. Chdźcicie szybko! - mrugnęłam tylko oczami, a moi kompani przeskoczyli już strumyk i biegli do jaskini.
Czekałam przed wyjściem przez dziesięć minut, nie miałam zamiaru mieszać się do ich głupot. W końcu moją ciekawość przyciągnęły ich śmiechy. Powoli i ostrożnie zakradałam się do nich, jednak to co zauważyłam powaliło mnie na kolana z otwartą buzią i rozpoczęło palpitacje serca. Niedźwiedź... Tam spał wielki gryzli, a na nim proxy.... Toby siedział mu na karku i udawał, że go ujeżdża, Masky gmyrał mu kijem w nosie, a następnie wpychał do pyska obnażając wielkie kły. Najwyraźniej udwał, że miś wcina swoje kozy. Nigdy nie widziałam, żeby z Toby'm razem mieli z czegoś taki ubaw. Hoody też nie był lepszy. Podnosił ogon misiowi i niską wydawał odgłos imitujący bąki.
- Co wy robicie?! On was rozszarpie?! - darłam się zciszonym głosem.
Niestety żaden z nich mnie nie usłyszał za to niedźwiedź tak... I o dziwo wcale nie przypadły mu do gustu zabawy chłopaków. Wialiśmy, aż kurzyło się za nami, tylko mi nie było do śmiechu. Sytuacja była poważna, a Ci się śmieją i przybijają piątki. Udało nam się schronić wspinając się na drzewa. Musieliśmy tam spędzić całą, długą noc pod nadzorem miśka, króry czynnie nas obserwował z ziemi. Nie mogliśmy nawet ze sobą gadać. Jakimś cudem przetrwaliśmy do rana, miałam wrażenie, że padniemy z nudów... Po zejściu z drzewa obdarzyłam chłopaków kuksańcem w brzuch. Później jakoś doczołgaliśmy się do obozu. Drogę znaleźliśmy jedynie dzięki dymowi z resztek ogniska.
Cała ta sprawa zakończyła się nie najgorzej, co prawda odchodziliśmy od zmysłów,  wielogodzinny marsz ostro dał się we znaki. Ale byliśmy zadowoleni, bo było co opowiadać.
Spakowaliśmy się i bez zbędnych kłótni o miejsca wsiedliśmy do auta. Bez pytania położyłam się na kolanach Toby'ego, który siedział ze mną z tyłu i zasnęłam. Jednym słowem zasłużyłam!

            KONIEC SEZONU PIERWSZEGO

-------------------------------------------------------

Rozdział oddaję do opinii publicznej :) 

Pozdrawiam Ola ❤