środa, 27 stycznia 2016

Rozdział 10

                Ten dzień zapamiętam jako najbardziej bolesny. Tak się złożyło, że wypadały Mike urodziny. Mój ból , jednak nie opierał się na braku przyjęcia, a raczej na licznych pobiciach. Po części to przez moją nieuwagę... Po prostu to był bardzo pechowy i bolesny dzień. Zaczęło się od tego, że Slender poprosił mnie, żebym została z Sally, bo wszyscy idą hmmm... się zabawić. Nie chciałam z nią siedzieć, bo po pierwsze... Nie znoszę dzieci... Po drugie... Nie znoszę dzieci... Po trzecie... NIE ZNOSZĘ DZIECI!!! NIE BĘDĘ OPIEKUNKĄ JAKIEGOŚ GÓWNIARZA! W każdym razie zostałam z nią i trochę rysowałyśmy, bawiłyśmy się lalkami i misiami. Do jedzenia dałam jej jakieś kanapki. Potem obejrzałam z nią Frozen. Gdy bajka się skończyła, Sally udawała Elzę i biegała po domu śpiewając Mam tę moc. Wkurzyłam się na nią, a dziewczynka chcąc mi zrobić jeszcze bardziej na złość biegała po całej rezydencji. Pogoń trwała dobre dwie godziny i jako, że nie znałam domu moją flustracja rosła. Koło drugiej nastała cisza, co dało mi do myślenia. Otworzyłam drzwi do swojego pokoju i zauważyłam w swoim łóżku gościa. Zabrałam Sally do jej pokoiku i przykryłam kołdrą. Sama padnięta zaszłam na dół do salonu i położyłam się na kanapę. Chciałam poczekać na powrót ekipy, ale jakoś tak mi się przysnęło.
Szturchnięcie natychmiast obudziło mnie. Powoli otworzyłam oczy, jeszcze obraz miałam nieco rozmazony. Uświadamiłam sobie, że nie mogę oddychać przez usta, więc panicznie zaczęłam łapać powietrze przez nos. Chciałam zerwać się na równe nogi, ale nie mogłam. Moje ciało i usta były unieruchomione... grubą, szarą taśmą. Krzyknęłam i próbowałam się uwolnić. Moje skupienie na oswobodzeniu przerwały śmiechy. Wydałam z siebie błagalny ściśnięty odgłos.
Jak ja nie znoszę dzieci!!! Głupia... Ehhh... - Masky został i porozcinał taśmę, która już zdążyła mocno przyledz do skóry. Jedynym pozytywem, był fakt, że Sally słodko spała.
- Mogę obkleić ją taśmą? - spytałam z pogardą.
- Nie! - wydał się lekko zdziwiony moim zachowaniem.
- Tak właściwie jak było? - spytałam przed rozejściem się do swoich pokoi. 
- Ehhh nawet nieźle. - odparł sciągając maskę. Od razu zwróciłam uwagę na jego blizny. 
- Stało się coś. Nie umiesz kłamać.
- Dobranoc. - powiedział sucho i zniknął za drzwiami pokoju. 
Wstałam przed 12, większość mieszkańców spokojnie sobie spała po nocnej wyprawie. Zastanawiałam się, nad tym co wczoraj wyrabiali. Obiecałam sobie, że koniec już z byciem nikim. Uznałam, że muszę jak najszybciej dowiedzieć się kim jestem i co tu robię, a nie zabawiać się w opiekunkę, ani służącą. Dręczyłam się do chwili, gdy nie zorientowałam się, że skończył się dżem. Zeszłam do piwnicy cicho ziewając. Ku mojemu zdziwieniu, światło się paliło. I jedyny obiekt, który był oświetlony to krzesło, do którego była przymocowana jakaś blondynka. Podobna, było w moim wspomnieniu! Podeszłam bliżej, zauważyłam coś więcej. Jej twarz, była uniesiona przez kogoś. Byli dość blisko siebie. Siekiera. Ten przedmiot dzierżyła osoba wolna. 
- Toby? - spytałam niepewnie.
Chłopaka i blondyna spojrzeli na mnie. Toby w jednej chwili cofnął się od dziewczyny i schował siekierę za plecami. 
- Dlaczego tu jesteś? 
- Dlaczego chowasz siekierę? I kto to?  Z resztą nieważne, wezmę tylko coś i spadam. - Dodałam wesoło i podeszłam do regału. Chwyciłam słoik i już się wycofywałam. On dalej ukrywał broń, tak jakby nie chciał, żebym widziała jak zabija. 
- Heh już wam nie przeszkadzam. - byłam trochę zazdrosna.
- Alice to nie tak!
Nastała cisza.
Przerwała nam dopiero obca dziewczyna.
- Wallyson?!
- Słucham? 
- To ty idiotko?! - na te słowa razem z Toby'm wzdrygneliśmy się.
- Co ty powiedziałaś?! - wydarł się do niej jednocześnie popychając krzesło nógą, które upadło. Przeszły mnie ciary.
- To co słyszałeś! Jakim prawem żyjesz!? Głupia masochistka! Nie zasługujesz, żeby żyć! Niby mieszkasz z tymi mordercami, a nikt nadal cię nie kocha! I nigdy nie będzie! Mi wystarczyło raptem kilka godzin! Jesteś zerem! Powinnaś gnić w ziemi! Nieudacznica! Jesteś zwykłym gównem!!! - Nie słuchałam dalej jej obelg, bo wybiegłam że łzami w oczach. Po dwudziestu minutach do drzwi mojego pokoju ktoś się dobijał, nie wpuściłam go. Liczyłam na to, że spotkana osoba powie mi coś o mnie... Tego się nie spodziewałam. Serce trochę piekło i byłam cóż... zdołowana. Co ja takiego zrobiłam, że mnie tak nienawidzi. I po co Toby przenosi jakieś dziewczyny?!
Żeby przewietrzyć umysł i udobruchać Sally, za pozwoleniem Operatora poszłam do miasta na zakupy. Moją uwagę zwrócił sklep z zabawkami z misternie rzeźbionymi czerwonymi drzwiami. Dotknęłm ich, moje palce przejechały po gładkim drewnie. Postanowiłam wejść, zrobiłam to z nadmierną uwagą. Wchodząc do pomieszczenia przywitał mnie uroczy dźwięk dzwonka. Zamknęłam za sobą drzwi i zaczęłam rozglądać się po pomieszczeniu. Moją uwagę zwrócił regał z piękną kolekcją lalek. Porcelanowe, kolorowe dziewczynki przenikały moje ciało od stup do głów. Przeszły mnie zimne dreszcze, które sprawiły, że stałam się bardzo senna. Podeszłam do błękitnej lady i zadzwoniłam dzwoneczkiem. Po chwili zza zaplecza wyszedł wysoki, dziwnie ubrany młody mężczyzna. Wyglądał na około dwadzieścia lat. Ubrany był jak ktoś, kto przewodzi cyrkiem. Miał na sobie białą koszulę z bordową kamizelkę, miał czarne obcisłe spodnie i wysokie w tym samym kolorze buty. Dodatkowo miał czarny płasz. Gdzie niegdzie widziałam złote dodatki. Miał idealnie gładką, bladą cerę, żółte oczy, lekki makijaż i czerwone włosy z czarnym kosmykiem na boku.
Wow... No nieźle... Gej... Pedał... Czy co...
- Dzień dobry... - zaczął podejrzliwie - w czym mogę pomóc?
- Poproszę tę różową, porcelanową lalkę. - popatrzył na mnie i momentalnie jego wyraz twarzy rozpogodził się. Oparł się łokciem o ladę i machnął od niechcenia ręka. 
-  Więc wpadła ci w oko Mała Susan? Długo przy niej się napracowałem jest wręcz prawie idealna. 
- Prawie? 
- Taaak... - zciszył głos i miałam wrażenie, że dokładnie mi się przygląda. Poczułam lekką irytację i nagle położyłam obie dłonie na ladzie.
- To co z tą lalką?
- Oh no tak... Wybacz nieco się zamyśliłem.
- Mogę ją kupić? - powtórzyłam.
- Tak, tak! Oczywiście! - zerwał się nagle - Mam dla Ciebie propozycję, chciałbym ją dopracować, tak żeby była idealna. Dla tekiej pięknej dziewczyny... Postaram się jeszcze bardziej. - dodał szarmancko. 
- Dobrze... - odpowiedziałam speszona i spóściłam głowę. - Ile czasu pan potrzebuje?
- Pan? Ah! Mów mi po imieniu! Jestem Jason the Toy Maker.
- Dobrze, przyjdę po lalkę jutro. - odwrócił się na pięcie i tylko rzuciłam ciche "Do widzenia".
Nie chciałam rozmawiać z nikim, poszłam jak najszybciej spać.
Następnego dnia zgodnie z zapowiedzią poszłam do sklepu Jason'a. Weszłam trochę pewniej niż wczoraj i zadzwoniłam dzwoneczkiem. Nie otrzymałam odpowiedzi.
- Dzień Dobry! Czy jest tu ktoś? Przyszłam po lalkę.
- Proszę przejść do drzwi za ladą, korytarzem prosto do pracowni. 
Nie wydało mi się to dziwne, ani podejrzane.  Szłam wąskim, niejakim korytarzem w stronę światła. Otworzył drzwi i znalazłam się w krwawej sali tortur. Wszędzie walały się szczątki ludzkie. Krew napłynęła mi do głowy, tak, że uszy zaczęły mnie piec. Kątem oka zauważyłam postać za mną i natychmiast odskoczyłam. Przy okazji złapałam wielki nóż leżący tuż obok odciętej ręki. Wyskoczyłam na stół, żeby mieć przewagę nad przeciwnikiem. Była w lekkim szoku widząc tego samego sprzedawcę co wczoraj, lecz jego oczy stały się zielone, a dłonie były czarne zakończone długimi pazurami. Patrzyliśmy na siebie bez celu w stuprocentowej gotowości do walki. Jason uśmiechnął się fałszywie i podbiegł robiąc zamach jak atakujący tygrys. Wydałam z siebie ściśnięty odgłos i wskoczyłam na jego łapsko. Szybko wymierzyłam mu solidnego kopa w twarz. Chłopak zawył z bólu i próbował mnie przeciąć drugą łapą. Uniknęłam ciosu zeskakując że stołu, dla pewności mocno ścisnęłam nóż. 
- Słuchaj mała zaczynasz działać mi na nerwym. Ale kiedy już cię zabiję, będę miła nie małą satysfakcję. - tym razem chwycił łom i machał im na oślep. 
- Biorę lalkę i wyjdę!
- JASON IDIOTO!!! - nagle ktoś wydarł się za moich pleców, gdy Jason  miał ostatecznie się na mnie rzucić.
- Łapcie ją chłopaki! Co się tak gapicie?!
Miałam rzucić się na Maker'a, który nadal się nie poddawał, ale ktoś złapał mnie w locie. Zaczęłam się wyrywać w obawie o swoje życie. 
- Alice... Alice... Uspokuj się... - mówił łagodnie - To ja Puppet.
- I ja! - dodał wesoło kolejny głos - zaszło nieporozumienie. Alice to nasza przyjaciółka, mieszka z nami.
- Nie chrzań L.J.!
- Mówię prawdę, Alice jest nietyklana... albo sama skopie ci dupe. No nie? Alice?
- Co tu się odwala?! Puść mnie! - próbowałm się wyrwać.
- Puszczę cię jak będę miał pewność, że nie skrzywdzisz Jason'a.
- Ona ma mnie skrzywdzić?! Głupota!!!
- No dawaj!!! Nie doceniasz mnie, ale dam szansę ci się przekonać!
- Dawaj!
- Wow wow wow - zaczął clown - słuchaj, Alice. Sprawa wygląda tak, że czasami się tu spotykamy i bawimy się z ofiarami zdobytymi przez Jasona. A że powiedział, że ma na haku śliczną du... - Puppet pchnął go ostrzegawczo w ramię - to znaczy śliczną dziewczynę, nie mogliśmy odpuścić. No... Ale tak wyszło, że to ty i nie będę próbował cię znów zabić.
- Ehhh dobra... Dajcie mi lalkę i spadam.
Tak poznałam nowego mordercę, o imieniu Jason the Toy Maker.
Ciężko było oddać lalkę zdobytą z tak wielkim trudem. Ale jeśli miało to przekonać Sally do mnie, dałam radę się poświęcić. Miał dość ostatnich wydarzeń, a to jeszcze nie był koniec. W moim pokoju na moim łóżku spał sobie Jeff the Killer. Poirytowana zepchnęłam go z łóżka, a sama opatuliłam się kołdrą i starałam się zasnąć. 
- Ej co ty robisz? Spałem! 
- Idź do siebie Jeff... Padam na mordę.
- Czaje, ale chciałem ci tylko powiedzieć co się stało wtedy w szpitalu.
- Dobra mów, ale szybko.
- Jakby to zacząć...
- Jeff, czy ja jestem dziewicą?
- Ja nic ci nie zrobiłem?! Takiego...
- Tyle chcę wiedzieć.
- Co?! Tak ci zależało! A teraz co?
- A no dobra... - odsząknęłam - Jeff, proszę powiedz mi, nie mogę spać. Dręczą mnie okropne myśli. - dodałam teatralnie.
- No bez przesady. 
- A tak serio. - spytałam siadając obok Jeff'a na podłodze.
- Chciałem ci tylko powiedzie, że nie stało się nic czegobyś żałowała. Zaniosłem cię do szpitala do jednego z pokoi. Tam położłem cię i zastanawiałam się co mam z tobą zrobić. W sumie spałaś, także żadnej atrakcji z ciebie nie było.
- Dzięki...
- Potem, przez okno zobaczyłem, że w innej części szpitalna coś się kręci. Poszedłem sprawdzić, ale nikogo, ani niczego nie znalazłem. Gdy wróciłem już nie spałaś, za to byłaś ciut pijana. Zachowywałaś się no wiesz... dziwnie. 
- Rany... Aż tak?
- Siedziałaś na łóżku, kiedy wszedłem zawiesiłaś mi się na szyi i gadałaś jakieś głupoty.
- Jakie głupoty.
- Nic szczególnego! - odwrócił wzrok.
- A dokładnie?
- Mówiłaś, że jesteś samotna i potrzebujesz kogoś kto pomoże ci nie zwariować.
- Powiedziałam coś takiego?!
- Najlepszego nie wiesz...
- Ale co dalej??
- Po... Hmmm... - bardzo zciszył głos.
- Hej, co ty tam mówisz?
- Mówię, że cię....
-Co?
- Pocałowałem cię, ok? Nie wiem coś mnie złamało? Tak patrzyłaś na mnie, a ja nie mogłem! - prawie krzyczal.
- O fuck... Dobrze, że tego nie pamiętam.
Emmm chciałaś chyba czegoś więcej no i mnie poniosło, ale w porę się opamiętałem. Bo po pijaku to nie to samo... Z resztą nieważne... I sorry za to wycięcie. Nie pytaj dlaczego, bo sam nie wiem... Ehhh...
Pocieszyłam Jeffa mówiąc, że nic się nie stało, bo nic nie pamiętam. W końcu udało mi się go wygonić i pójść spać.
Rano usłyszałam zawziętą kłótnię na korytarzu pierwszego piętra. Powoli szłam na górę, nasłuchując co się dzieje. 
- Prosiłem żebyś tylko posprzątał po sobie!
- A co ci to przeszkadza? Boisz się widoku krwi?
- Nie rozumiesz, że to obrzydliwe! I nie, nie boję się krwi! Wszędzie walają się Twoje narzędzia! Nie mieszkasz tu sam!
- Co może się stać?!
- Posprzątaj to! - Utrzymywał Masky.
- Nie chcę mi się...
- Rusz się, zachowajmy przynajmniej pozory w miarę ogarniętych ludzi! 
- A co ci tak zależy na tym żebyśmy byli tacy porządni? Komu chcesz się popisać? Tej nowej? - krzyczał już wysoki chłopak w ciemnych ciuchach. Stał na krańcu schodów, a ja stanęłam tuż za nim. Chciałam się wtrącić, kiedy bieg wydarzeń nagle się zmienił.
- Nie mieszaj jej do tego! Alice... Nic do tego nie ma... - Dodał ciszej.
- Więc to przez nią zgrywasz takiego odpowiedzialnego?!
- Zamknij się E.J.!!!- wydarł się Masky i wymierzył solidnego prawego sierpowego w twarz E.J'a. 
Chłopak szybko zrobił unik... A kto stał za nim i oberwał? Ja...
Wszytko działo się tak szybko, że nawet nie zorientowałam się dlaczego patrzę na sufit. Nie czułam nic. Zamrugałam kilka razy oczami, żeby wyostrzyć widoczność.  
- Ojej... - pisnęłam na widok dwuch głów nade mną. 
- Nie ruszaj się! Mogłaś się połamać! 
- Co ty dajesz?
- Właśnie Masky, co ty dajesz! - zaśmiał się E.J. - dobra, skoro Alice jest w kupie i trochę żyje, to ja wracam do swoich eee... obowiązków. Narka!
- Co nie poczekaj! Jeszcze ktoś pomyśli, że jej coś zrobiłem! 
- To masz problem! Nara!
- Szlak... Dobra Alice, spróbuj wstać... Bardzo powoli. Trochę się poobijałaś. 
- E tam ja nie czuję bólu.
- Powoli, bardzo powoli wstań. 
Bez odpowiedzi wstawałam, gdy byłam w połowie jakiś nerw sprawił, że całe moje ciało przeszedł ból. To było jak uderzenie pioruna. Bez kontroli wrzasnęłam się, krzyk się przeniknał całe pomieszczenie. 
Na szczęście niczego nie złamałam podaczas zturlania się ze schodów. Moje ciało było tylko jak jeden wielki siniak, najgorsza była śliwa pod okiem. Na szczęście jakoś dostałam się do pokoju, a Masky zajmował się mną cały dzień. Praktycznie nie wychodził z mojego pokoju. Obłożył mnie mrożonkami i zmieniał okłady. Przez najbliższy tydzień nie odstępował mnie na krol. Któregoś ranka zdziwiłam się, że nie ma go w moim pokoju. Wyjrzałam przez swoje okno i zauważyłam jak Maky i Hoody pakują torby do samochodu. Szybko otworzyłam okno i  przywitałam się z nimi.
- Co robicie? - krzyknęłam.
- Oooo dzień dobry! Jedziemy na biwak! - zawołał Tim odkładając bagaż.
- Ohh to fajnie! - szkoda mi było, też chciałbym pojechać na taki wakacyjny wypad. Ale to męska wyprawa.
- No co tak patrzysz? Rusz się! Zbieraj się, zaraz jedziemy!!!
- Ja?!
- A kto?! Ty, ja i Hoddy. Jedziemy na wakacje! - pomachał mi z góry. - Zbieraj się!
Na mojej twarzy pojawił się gigantyczny uśmiech i szybko zniknęłam w oknie, zatrzaskując je. Pakowanie zajęło mi nieco ponad pół godziny, ale zaraz potem byłam gotowa do drogi.

---------------------------------------------------

Przepraszam za tak długą nieobecność.
Nie miałam siły ani chęci do pisania przez pewnego idiotę. Było mi smutno, ale kij, bo UWAGA spisałm pomysły na kolejne rozdziały i się mega jaram, bo następne rozdziały będą MEGA!!!
Rozdział następny będzie o wyprawie na biwak z chłopakami :) haha będzie nieźle xd
A po tym zacznie się poważna fabuła, akcja z Clockwork i zacznie się bardzo dużo komplikować i wyjaśniać. Chciałbym już wszytko Wam powiedzieć!

Dziękuję za arta od Aishiteru xD jest śliczny, piękny i nie wiem co jeszcze ❤❤❤ Dziękuję!

Z okazji urodzin (troszkę nie w porę, przepraszam) WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO, ZDRÓWKA, SZCZĘŚCIE, PIEKNEGO DOMU I FACETA, DUŻO WENY, NAJWSPANIALSZEGO ŻYCIA, DUŻO MIŁOŚCI I WSPANIAŁYCH PRZYJACIÓŁ! Dla kochanej Play Tenshi!!!

Dzisiaj urodziny ma Aishiteru xD z okazji urodzinek GWIAZDKI Z NIEBA, WIELKIEJ MIŁOŚCI, NIESAMOWITYCH PRZYGÓD W ŻYCIU, WENY, KOCHANYCH PRZYJACIÓŁ, SAMYCH SZÓSTEK SZKOLE I SPEŁNIENIA MARZEŃ! 

Pozdrawiam Ola

Art

Dziękuję za arta od Aishiteru xD jest śliczny, piękny i nie wiem co jeszcze ❤❤❤ Dziękuję!

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Rozdział 9

           - Jasne. - odezwałam się cicho z rumianym uśmiechem, po dłuższej chwili namysłu. 
- Serio? - wydał się lekko zaskoczony - ... - zaciął  się.
- Tooo o której? - Zagadałam.
- Film jest o 18 wyjdziemy o 17, dobrze? 
- Jasne, jaki to film?
- Spodoba ci się. - zwrócił głowę kierunku gwiazd. Uśmiechnęliśmy się do siebie i Toby poszedł grać z chłopakami. Gdy odszedł jednocześnie westchnęłam i szeroko się uśmiechnęłam.
Po przyjęciu pogoniłam wszystkich, oprócz Helen'a do domu. Nadszedł czas pokazać mu prezent. Poprosiłam go żeby szedł za mną. Byłam bardzo podekscytowana, chciałam zobaczyć jego reakcję jak najszybciej. W przeciwieństwie do naszego pierwszego spotkania, wypełniliśmy cały czas rozmową. Raz po raz dopytywał się gdzie i po co idziemy, jednak ja postanowiłam milczeć ja grób. Gdy rozkazałam mu wejść na drzewo popatrzył na mnie jak na wariatkę, wkrótce jednak dostrzegł drabinę i wspiął się po niej. Podążałam za nim. Weszłam i zauważyłam zamurowanego chłopaka. Kosmyki przez wiatr opadły mu na czoło, a zimne, błękitne oczy zabłysły niespotykanym blaskiem. 
- To specjalne miejsce, tylko i wyłącznie dla ciebie. - zaczęłam cicho.
Nic mi nie odpowiedział. 
- Hm - uśmiechnęłam się delikatnie - zostawię cię samego, mam nadzieję, że ci się podoba. Masz tu trochę poduszek, kocy, papieru i kredek, a tam gdzie jest okno stoi teleskop. Podobno lubisz gwiazdy. Puppet za dużo gadał o tobie... heh on za dużo gada. - powiedziałam schodząc. 
- Dziękuję... Jest pięknie... Ale coś tu jest nie tak...
- Co takiego?- przeszła mnie fala gorąco na myśl, że mu się nie podoba. Gwałtownie posmutniałam. 
- Ciebie... - nadal stał do mnie plecami.  Serce mało mi nie wyskoczyło przez gardło. Zbił mnie całkowicie z tropu. 
-...
- Zostań tu ze mną...
- CO MAM ROBIĆ?!Oddychaj! Ok Ok OK!! Nie jest Ok?! Wyskoczę przez okno to może zamortyzuję upadek!
- Wolę tu być z Tobą.
- Ale to Twój prezent i... naciesz się nim...- schodziłam niżej, byłam strasznie zażenowana sytuacją
- I co teraz zrobię?! UCIEKNĘ! Trzeba było zostać przy tym facecie, to policja by mnie zabrała.- byłam zamyślona.
Nagle uniosłam się do góry. Otis złapał mnie za ręce i siłą wciągnął do domku. Tak strasznie się bałam, że mnie puści.
- Nie puszczaj mnie!
- Przecież wiem... - dodał.
- Ale serio! nie puszczaj!
- Haha, no już spoko... posiedź ze mną chwilę.
-No dobrze. - mam nadzieję, że nie sprawiłam mu przykrości, tym, że chciałam iść. Usiadłam i oparłam się o ścianę. Chłopak zrobił to samo. Strasznie mi zależało, żeby te urodziny były idealne.
- Były idealne...
-Czy on do cholery czyta mi w myślach?!
- Od tylu lat nie miałem urodzin... prawdziwych... osoby, które są moją rodziną, przyjaciółmi... - kątem oka dostrzegłam u niego łzę, ale szybko odwrócił głowę - osoby które kocham... Mam normalne życie... Alice... jestem taki szczęśliwy... - westchnął bardzo ciężko.
- Takie wyznania tu lecą i co ja mam teraz zrobić?!
- My... nigdy Cie nie opuścimy. - odpowiedziałam z pewnością... przynajmniej na taką, jaką było mnie wtedy stać, nie pamiętam, żeby jakiś facet przy mnie płakał...
- Fuck, Alice ty dalej nic nie pamiętasz!
- Tak wiem Alice...
-Gadam ze sobą...
- Obiecuję. - zwróciłam się do Otisa kładąc mu dłoń na niego. 
- Byłem taki żałosny... samotny... - oparł głowę i widziałam wysychającą strugę po łzie. Gwiazdy odbijały mu się od oczu. - Dziękuję.
Każde słowo coraz to bardziej kuło mnie w serce. Zapłakałam cicho... 
- A-alice... - szybko się zorientował. 
- Ja nigdy cię nie opuszczę. - i zawiesiłam mu się na szyi, Bardzo mocno odwzajemnił uścisk. 
To taka ludzka sprawa...
 przytulić kogoś...
 współczuć...
 każdy jest słaby...
 każdy potrzebuję wsparcia...
 Bohatera...
 Który Cię obroni... 
 Chcę go chronić...
 Ich wszystkich...
 Muszę stać się silniejsza...
Gdy już się uspokoiliśmy, przeszliśmy się po lesie w poszukiwaniu farb, dla Bloody Painter'a. Nie spodziewaliśmy się udanych łowów, ale z daleka dostrzegliśmy postać... To była jakaś nastolatka. Robiła małe kółka... ale co jakiś nastolatek robił w lesie... no, oprócz nas; zabójcy i pół-zabójcy. Namówiłam chłopaka, żeby ją chwilę obserwować, bo mam złe przeczucia. Obserwowałam każdy jej ruch, nie było w niej nic dziwnego. Po dłuższej chwili Otis znudził się i po prostu szedł do niej. Mnie kusiło, żeby go stąd zabrać i uciec. 
- Coś tu nie gra!- mruknęłam, gdy co jakiś czas coś połyskiwało w krzakach.- Co to jest??? - olśniło mnie - Jezu... to pułapka!
Wybiegłam z krzaków i ile sił w nogach biegłam do Helen'a. Chwyciłam go za rękę i biegłam na oślep w przeciwnym kierunku. Rozległy się krzyki i wystrzały z pistoletów.
- Co się dzieje!!! - darł się chłopak.
- Policja chyba robi polowanie na nas! To była pułapka!
Nie trzeba było mu dłużej nic tłumaczyć. Moim marzeniem było, żeby jakoś wyjść z tego cało. Po pięciu minutach ucieczki, Painter wrzucił mnie do jakiegoś zbiornika, sam też wskoczył. Nie zdążyłam złapać oddechu... Chłopak gestami pokazał, żeby się nie ruszać, po czym złapał mnie za ramiona i tak bez ruchu mijały najdłuższe sekundy w moim życiu.

1...

2...

3...

- Znajdą nas...

4...

5...

6...

- I zabiją..

7...

8...

9...

- Nie chcę umierać!

10...

- Nie mogę oddychać!

Szarpnęłam chłopaka za koszulką i wskazałam na swoją szyję. Na co zaczął się jakby rozglądać. Wskazał gest, żebyśmy poczekali moment. Wyciągnął kamień z dna i rzucił go kilka metrów od nas. W tamto miejsce padła seria strzałów.
- Już po na! Oni tylko na nas czekają! - zaczęłam panikować i złapałam się za głowę.
Helen dostrzegł to i pogłaskał mnie po głowie.
Zbliżył się i bez większego zastanowienia, przytknął usta do moich. Miał zamknięte oczy...
To nie do końca był pocałunek, bo wpuścił we mnie część swojego powietrza.Ale i tak poczułam dziwny ucisk w brzuchu...Następnie mocno przyciągnął mnie do siebie, a sam starał coś dostrzec przez taflę wody. Poczułam się znacznie lepiej. Zamknęłam oczy i go przytuliłam. Czekałam...
Po chwili obojgu zabrakło powierza i powoli się wynurzyliśmy. Łapczywie zaciągaliśmy się powietrzem. Nie miałam w ogóle siły.
Chłopka wziął mnie na ręce i ostrożnie poszliśmy do Rezydencji.
Początkowo śmiali się z nas, ale gdy usłyszeli o policji, zrobiło się zamieszanie. Od razu chcieli zabić co do jednego funkcjonariusza, ale Slenderman stwierdził, że lepiej to przeczekać. Dodatkowo zabronił zabijać przez najbliższy tydzień. Prosił nas, żebyśmy też nie wychodzili nigdzie po zmroku.  Potraktował nas jak małe dzieci...
Nagle Toby zaproponował wszystkim maraton z horrorami, pomysł został zgodnie przyjęty. Dostaliśmy też zgodę na wypad do sklepu, po jakieś jedzenie. 
Byliśmy oboje zawiedzeni, faktem, że z naszego wypadu nici. Jednak, żadne z nas nie zaczęło rozmowy.Szliśmy w ciszy. W markecie podzieliliśmy pomiędzy siebie listę zakupów i się rozeszliśmy.
Stałam pod regałem ze słodyczami. Mój wzrok sięgnął po ostatnią rzecz z mojej listy, masło orzechowe. Niestety było na najwyższej półce, a ja należę do osób malutkich, więc moje wyczyny złapania słoika wyglądały komicznie. Wyciągałam się wyżej i wyżej, a nadal brakowało mi z pól metra. Miałam się poddać, gdy nagle uniosłam się do góry. Odwróciłam się i zobaczyłam Toby'ego, który podnosi mnie trzymając w talii. Widząc moją zdziwioną minę, obdarzył mnie ciepłym uśmiechem. Odwróciłam się szybko i złapałam słoik. Zaraz potem odstawił mnie, ja stałam ze spuszczoną głową, pusto gapiąc się w regał. Ciepły oddech musnął moją szyję. Przeszły mnie ciarki. 
- Jesteś taka urocza. - szepnął mi do ucha pociesznym głosem. - Mamy już wszytko? - odsunął się szybko.
- Ja mam już wszytko. - odwróciłam się w jego stronę. Miał ręce w kieszeni jeansów i nachylał się w moją stronę. Przeszła mi przez myśl, że wygląda jak typowy nastolatek, taki zwykły... normalny... Nikt się nie domyśla, że jest mordercą.  Schowałam zakupy do torby i wyszliśmy. W milczeniu i spacerowaliśmy chodnikiem. Słońce zachodziło. Zastanawiałam się jakby wyglądało nasze właściwe spotkanie. Coś gładkiego dotknęło na ułamek sekundy mojej dłoni.
- Gdy Slender odpuści nam szlaban... wyjdziemy razem? - spytał nagle.
Byłam nieco zaskoczona, ale zgodziłam się z radością. 
- Ale ja z nim jestem teraz, jesteśmy sami... Słońce zachodzi. Dlaczego moje serce tak dudni? Chyba ze stresu- pomyślałam.
Jakoś tak odruchowo spojrzałam na Toby'ego i dosłownie zabłysły mi oczy. Szedł sobie z uśmiechem, bardzo z czegoś zadowolony. Chyba wyczuł mnie i spojrzała mi prosto w oczy.
- Ja... - Jakoś mi się wyrwało, a chłopak się zarumienił. Szybko odwróciłam głowę. - Sorki - i przyśpieszyłam kroku.
- Czego ja oczekuję?!
Kątem oka dostrzegłam, że nie idzie obok mnie. Odwróciłam się, a on stał. Zawiał ciepły wiatr, który przyprawił mnie o ciary. Żadne z nas nie drgnęło, staliśmy naprzeciw siebie w napięciu, dopóki Toby nie został przez kogoś popchnięty. Osoba ta spadała, ale Toby szybko przytrzymał ją, by nie upadła. Była to ładna, wysoka blondynka.
- Uważaj - powiedział sucho 
- Ooo wybacz.. Eemmm ja jestem Madison! Pozwól mi się zrewanżować, co powiesz na kawę albo coś mocniejszego...
- Czy ona go podrywa?! - wytrzeszczyłam oczy. - Nie! Głupia... Wow moment czy ja jestem zazdrosna?! Nie! Ygggghhh chrzanić to! - Spuściłam głowę i obruciłam się.
- Nie dzięki - warknął chłopak i odepchnął nieznajomą.
Podbiegł do mnie, by dotrzymać mi kroku. Znów to zrobił, dotknął mojej dłoni dyskretnie. Dalej byłam zazdrosna... Ale to dziwne, więc schowałam dłoń do kieszeni bluzy. Usłyszałam chwilę po tym chichot bruneta. 
- Dlaczego się śmieje? Rozpoznał o... Fuck...- byłam nieco speszona, ale wkrótce byliśmy w Rezydencji. Film już czekał, poduszki, koce... Wszytko było! 
Toby popatrzył na mnie pytająco.
- Pójdę jeszcze do toalety.
- Ok, ale wróć szybko, bo zajmą ci miejsce.
- Czy on chce żeby usiadła z nim?
Zrobiłam to co zazwyczaj dziewczyna robi w toalecie i zeszłam do ekipy. Byłam zdołowana tym co zobaczyłam, zajęli mi wszystkie miejsca. 
- A co ze mną? - zapiszczałam.
- Mówiłam, żebyś się pośpieszyła. - Burknął z wyrzutem Toby. 
- Tak ale...
- Wybacz książę, ale Alice będzie oglądała film tu na podłodze ze mną. - roześmiał się Jeff niczym diabeł i poklepał poduszkę leżącą obok niego.  Padłam na całą stertę i spojrzałam na Jeff'a. Był wyraźnie zadowolony ,z tego, że mógł dopiec brunetowi.
- Alice - zaczął głośno - jak będziesz się bała to możesz się do mnie przytulić. - i położył mi rękę na ramieniu.
- To może jednak obejrzymy bajkę lub komedię? - ciągnął Toby.
- Nie!- śmiał się Jeff.
- Mam Smile'a, lepiej się nadaje do przytulania.  Dobra cicho już zaczynamy! - i włączyłam film. 
Wszyscy się śmiali jakby to była komedia, ale nie z filmu, tylko ze mnie. A dokładniej z moich reakcji. Bałam się trochę... Trochę bardzo... Odwróciłam wzrok od strasznych scen i zasnęłam. Ze snu wyrwał mnie tępy pisk. Zerwałam się na równe nogi z krzykiem, łapiąc się za głowę.
- Co!!!! CO!!!!!! - patrzyłam na rozbawione towarzystwo, krew pulsowała najwyższych obrotach. - Co!
- Tak słodko spałaś - śmiał się przez łzy Masky - chcieliśmy cię obudzić, żebyś nie straciła filmu.
- O matkoo... Moje serce... Idę się napić wody... Jesteście straszni. - ziewnęłam 
- Wiemy! - zawołał Masky i Hoody jednocześnie.
- Heh no nieźle. - w kuchni oparłam się o blat. Przyszedł też Toby. 
- Szkoda, że nie widziałaś swojej miny! - - zawołał.
- Mhm... Też żałuję. - uśmiechnęłam się i głęboko ziewnęłam.
- Tobie już wystarczy idź spać.
- Yyyy nieee... Chcę obejrzeć.
- Jesteś padnięta, idziemy spać. - oznajmił stanowczo.
- Co niee! - podszedł i szybkim ruchem przerzucił mnie przez swoje ramię i zawlókł na górę.
- Dziękuję - odparłam sucho i chciałam wejść do pokoju. Chłopak zatrzymał mnie, przytulając od tyłu.
- Gdzie uciekasz? - spytał łagodnie.
- Spać? - Spytałam sarkastycznie. - Sam mi kazałeś. - Przypomniałam.
- Hmmm... No tak... jestem głupi... Wybacz.
Odwróciłam się w jego stronę i od razu wpadłam w jego ciepłe ramiona. Odwzajemniłam uścisk. Tak dawno nikt mnie nie przytulał... Potrzebowałam tego. Trochę to trwało dopóki się nie podsunął. Serce waliło jak oszalałe, nadal trzymały moje ramiona. I przysuwał się. Moja twarz była bardzo blisko jego. Twarz piekła mnie i nie mogłam oddychać. Był tak blisko, zamknął oczy...i dotknął czubkiem wargi mojej i... Zrobił coś dziwnego, jego głową opadła na moje ramię. Staliśmy tak chwilę. Nagle powoli cofnął się.
- Dobranoc - rzucił sucho i zszedł na dół.
W mojej głowie kołatało się tysiąc myśli. Nagle poczułam dotyk na ramieniu. Był to Slender. 
- Ale spartolił szansę - westchnął ciężko, przecząco kiwając głową. Zrobiłam facepalma i poklepałam załamanego Operatora po ramieniu. 

------------------------------------------------
Jestem zła, bo chciałam wstawiać więcej rozdziałów, ale moja mama wymyśliła sobie, że skrecu kostkę... Było zamieszanie.
Także przepraszam, że tak długo trzeba było czekać :(
I mam wrażenie, że ten rozdział mi nie wyszedł :'( napiszcie szczerze!

piątek, 15 stycznia 2016

Już 1000!

Tak właśnie, to już 1000 psycholi odwiedziło tego bloga :) Za co jestem baaaaardzo wdzięczna i Dziękuję ❤❤❤

Dostałam od  Aishiteru xD genialnego arta, aż mi się cieplutko zrobiło! Bardzo bardzo dziękuję, świetna praca ^^ Alice wyglądało cudnie w ubraniach Toby'ego!

Dziękuję ❤

środa, 13 stycznia 2016

Rozdział 8

              Sytuacja zrobiła się bardzo niezręczna, gdy Clockwork wróciła do domu. L.J. natomiast nie miał do mnie najmniejszego żalu, chyba zdobyłam jego szcunek. Przeszedł obok i pomachał do mnie. Od tego momentu witał się za mną każdego dnia. Oczywiście sami się nie wydostali, pomogli im Proxy. Coż... tak pozatym nie powracaliśmy do tego temtu. Slenderman poprosił Clockwork na długą rozmowę, później jej nie widziałam. Mogłam się w końcu ogarnąć, umyłam się i ubrałam w normalne ciuchy. Hoody pozszywał mi kilka ran, a resztę opatrzył. Wyglądałam jak mumia... prawie. Przemył mi dokładnie szwy i rany na plecach. Oznajmił, że gojął się całkiem całkiem i poprosił, żebym przyszła na ściągnięcię za tydziń. Atmosfera w domu znacznie rozluźniła się po wspólnym śniadaniu. W swoim pokoju leżałam na łóżku i tylko myślałam. 
Kim ja jestem? 
Co ja tu robię? 
Dlaczego ja? 
Ja tu nie pasuję? 
Co Jeff wczoraj mi zrobił? 
Nie doszło do gorszych myśli, gdyż usłyszałam na korytarzu kłótnię. Rozpoznałam znajomy głos Helena i kogoś jeszcze. Nagle rozległ się trzask drzwi i cisza. Wyszłam zaciekawiona na korytarz i zauważyłam latającą dwa metry nad ziemnią dziwnął postać. Gość naprawdę latał! Miał na sobie czarne jeansy, przetarte ciemne trampki i szarą bluzę. Na głowie miał oklapłą, hipsterską czapkę. Westchnął głośno i odwrócił się w moją stronę. Jego skóra była blado szara, a oczy i wnętze buzi świeciły na żółto.
- Oooo hej Alice, wszystko ok? 
- Emmm... tak , jasne. A ty jesteś? 
- A tak, ja jstem Puppeteer. 
- Tak właściwie, to coś się stało Otisowi? - Otisowi? - zdziwił się, a następnie uśmiechnął się pogdnie 
- Coś powiedziałam? - poczułam sie niepewnie, chłopak zinżył lot na wysokość mojej twarzy i zaczął podążać w stronę schodów. 
- Chodź ze mną na dół, tam pogadamy. 
- Ok, ale co ja powiedziałam? 
- Chodzi o to... - zaczął leniwie i przeciągnął się w powietrzu - więc niewiele osób mówi do niogo po imieniu, tylko osoby, które przypadły mu do gustu. A z tego co o tobie mówił, to ciebie lubi. 
- To dobrze. - starałam się wypaść obojętnie, choć tak naprawdę miałam ochotę skakać z radości. - Czemu tak się wkurzył? 
- Myślę, że mogę Ci powiedzieć, ale to dłuższa historia. 
- Mamy czas. - oznajmiłam kładąc na stół ciastka i mleko na zachętę. 
- Ooooo ciastka - chwycił jedno, zjadł i zaczął - Więc kiedy Helen chodził jeszcze do szkoły dziciaki go strasznie męczyły, wręcz torturowały. Był to błachy powód, a tak właściwie, to nawet bez powodu. Nie miał lekko. 
- Tak włściwie to chodzi o ten zegarek i prześladowanie go, chociaż on go nie ukradł i potem jego kolego spadł z dachu i ... 
- Powiedział ci?! 
- Jak wracaliśmy to coś wspominał. 
- Ej nie zaberaj mi przyjaciela - zaśmiał się i chycił kolejne ciastko. - Skoro to wiesz, to przejdę dalej. Otis nie znosi swoich urodzin. Podłe dzieciaki zniszczyły w nim całkowicie radoaść. Nawet z tak szczególnego dnia. - Posmutniał. Skrzyżował ręce na piersi i patrzył pusto w sufit. - Szkoda gości. Chciałem zabrać go do kina czy gdzieś, ale nie... Stwierdził, że nie będzie obchodził urodzin nigdy więcej. Co ty na to? - wpatrywał się wyczekująco. Wzdrygnęłam się i podrapałam w głowę. 
- Można byłoby zrobić mega przyjęcie niespodziankę gdzieś w lesie. - zaczęłam niepewnie.
- Ale on się nie zgodzi... 
- A czy ktoś pyta go o zdanie? To będzie niespodzianka! 
- No tak! To nawet może się udać! - od razu poprawił mu się humor. Przez następnął godzinę, żarliwie dyskutowaliśmy jak ma odbyć się przyjęcie. Zgodnie ustaliliśmy, że tort kupimy, a do jedzenia zamówimy tonę pizzy, z napojami nie było problemu. Chcieliśmy pierwsze lepsze soki i colę. Większym problemem, był prezent. Przeszliśmy się po lesie w poszukiwaniu natchnienia. Puppeteer latał na demnął i rzucał szyszkami. Opowiadał mi o Helenie. Najistotniejszym nowym faktem było to, że koleś uwielbia gwiady. Cały ten czas miałam w głowie tę myśl i aż prawie wpadłam na drzewo. Spojrzałam na nie badawczo i dotknęłam jego kory.
- Ej, jestem genialna! 
- Wow - wzdrygnął się podekscytowany-  Masz coś? 
- Zróbmy mu taki mały domek na drzewie, taki tylko dla niego. Jakieś poduszki, koce i światełka tam wrzucimy. Damy mu kredki do i kartony i damy mu teleskop do oglądania gwiazd. Będzie przepięknie! - obruciłam się zachwycona swoim pomysłem.
- To naprawdę może wyjść! Załatwię domek i wyposażenie, a ty tort i jedzenie. - zleciał na dół, złapał mnie za ramiona i potrząsnął.
- Co?! Nie!  Nie możesz sam wszystkiego robić! - zaprotestowałam dalej będąc potrząsana. 
- A kto powiedział, że zrobię to sam? Mam znajomości! - zawołał i nagle, na chwilę wokół nas pojawiły się złote, cienkie nitki. 
- Co to? - spojrzałam z zachwytem, wyglądało jak złota pajęczyna. Chciałam jej dotknąć, ale szybko złapał mnie za dłoń. 
- Uważaj! Nie dotykaj! - zawołał wystraszony, dalej trzymał moją dłoń - To trochę niebezpieczne... - przyciszył głos, znacznie zbliżając się. Uśmiechnął się przekornie i cofnął się. - Ja to załatwię, zajmę się tym. 
Rozdzieliliśmy się. Poszłam szybko do pierwszej lepszej cukierni i wybrałam tort ozdobiony białą masą. Poprosiłam sprzedawczynię, żeby czerwonym lukrem namalowała "krwawy uśmiech" taki ma Otis na masce. Kobieta dziwnie na mnie popatrzyła i zabrała się do pracy. 
- Jakiś morderca, wariat ma podobną maskę - zaczęła podejrzliwie.
- Tak to prawda - zaczęłam spokojnie - A dokładnie to Bloody Painter, okropny typ - zmarszczyłam czoło.
- Huh? - popatrzyła zdziwiona - więc dlaczego ten wzór? - na chwilę oderwała się od pracy.
- A co mogę zrobić, jeśli moja przyjaciółka go uwielbia? - okłamałam ją. - Oh to jedna z tych no... 
- Fangirl? 
- Tak, tak. Całkiem się im poprzewracało w głowach. 
- Co zrobić... - zapłaciłam, podziękowałam i wyszłam. Rozglądałam się, nie widziałam nigdzie Puppeter'a. Postanowiłam zamówić pizzę na następny dzień. Zaszalałam i zamówiłam 30 dużych z każdego rodzaju. Z nudów poszłam też do sklepów z ubraniami i kupiłam sobie małą czarną. Skromnie mówiąc wyglądałam całkiem całkiem. Nadal nie było Puppeteera. Stałam na ulicy i rozglądałam się po ulicy. To była kolejna szansa do ucieczki, ale nie... Usiadłam na krawężniku i postanowiłam poczekać. Ściemniło się, zaczęłam się martwić, że nie zdążymy z budową domku. Niespodziewanie za swoimi plecami usłyszałam gburawy głos. Dobiegał zza zaułka. Schowałam tort za krzakami i poszłam za dzwiękim. Zobaczyłam coś okropnego. Młoda kobieta była na pół naga, przyparta do ściany z nożem pod gardłem. Napastnik był wysoki i gruby. To mnie obrzydzało i niepozwalało bezczynnie stać. Wściekłoś i odraza cały czas wzrastały. 
- Hej dupku! - wydarłam się w końcu bardzo pewnym głosem. Zarówno ofiara jaki i napastnik odwrócili się. 
- A co ty tu robisz mała suko?! Chętna!? - nic mu nie odpowiedziłam i z wielką prędkością biegłam na gwałciciela. Wyciągnęłam nóż (Masky kazał mi go nosić, zagroził, że będzie za mnął chodzić krok w krok, bo boi się, że ktoś mnie napadnie i nie będę mogła się obronić.) i schowałam za plecami. Wyskoczyłam w biegu i kopnęłam w twarz zboka. Upadł. Dostał kilkakrotnie nogą po głowie i brzuchu na koniec wbiłam mu nóż w lewą dłoń, żeby nie mógł się ruszać. 
- Radzę nie uciekać.- mruknęłam do niego i odróciłam w stronę kobiety. 
- W-wszysko oook... - ale jej nie było, biegła z rękami uniesionymi ku górze i darła się w niebogłosy. Walnęłam się w czoło i wyszłam z szemranej alejki. 
- Tak to jest jak chcesz komuś pomóc...Ale zrobiłam dobrze... chyba.
Nadal czekałam, zabrałąm tort i uciekłam na dach. Miałam doskonały widok na policję i karetkę, które zabierają poturbowanego gwałciciela. Jednak najbardziej zainteresowała mnie rozmowa dwuch policjantów. 
- Nie mam pojęcia kto to mógł być. 
- Może ta cała Nina the killer? 
- Super fanka Jeff'a? - pokiwał przecząco głową.
- Nie... nie pasuje do opisu. 
- Obstawiałbym zwykłego ulicznego mordercę, ale zastanawiam sie czy to nie- zciszył głos - Shadow. 
- Niby tak, ale Shadow zabiłaby go. 
- Może miała dobry dzień. 
- Heh może. Tak pozatym to nawet ją lubie. Tam gdzie policja nie ma wpływa, a trzeba się kogoś pozbyć, ona to zrobi.
- Nawet tak nie mów! Nie można nikogo zabijać! 
- Tak wiem, ale są takie momenty... - nie słuchałam dalej. 
- Znów ta wzmianka o Shadow... ona zabija... tych złych? To głupie! I to niby ja?! Każdy mi to powtarza. I to by wyjaśniało co robię u Slenderman'a. Jestem już tak blisko! 
Chwilę później wrócił Puppeter i powiedział, że spóźnił się, bo miał okazję, dzięki, której ktoś zbudował domek za nas. 
- Jak to? - nic nie odpowiedział chłopak otworzył pudło z tortem i chchiał zjeść trochę masy. Walnęłam go w dłoń.- Oj, bo po łapach! Gadaj co zrobiłeś! - byłam bardzo podekscytowana. 
Podekscytowany złapał mnie za rękę i poleciał w górę. Wziął mnie na ręce i uniósł ponad domy. Zapiszczałam cichutko i złapałam go za szyję. Wiatr powiał i moje włosy poleciały mu na twarz. Zrobiło mi się głupio i przeprosiłam go szybko, na co chłopak się zaśmiał. Nigdy nie latałam... To normalne... Ale z zachwytem napawałam się każdą chwilą latając. 
- Jeszcze nie raz ze mną polatasz. - powiedział z uśmiechem Puppeteer, odstawiając mnie na ziemię. Wylądowaliśmy przed drzewem z domkiem. Mały i przytulny, był idealny. Wewnątrz było wszytko o czym mówiłam. Odeszliśmy jak najdalej od niego, żeby poszukać miejsca gdzie zrobimy właściwą imprezę. Zasuwaliśmy całą noc, żeby udekorować stół, zgrać muzykę, znieść koce, gry i dosłownie wszystko... Wieczorkiem, porozstawiałam strzałki po całym domu i podwórku strzałki prowadzące na party. Zapiszczałam na cały głos i uciekłam z domu. Przynęta zadziałała, bo zaraz potem zauważyłam przez okno jak wszyscy zebrali się i dociekają o co chodzi. Zauważyli strzełki i szli za nimi. Ja dołączyłam do Puppeteera, który dokańczał dekoracje. Kazałam mu się pośpieszyć z rozwieszaniem światełek, bo goście zaraz będą. Kazał sobie pomóc, ale niezbyt nam to wyszło, bo zaplątaliśmy się w nie. Byliśmy bardzo ściśnięci, było bardzo niezręcznie. Próbowaliśmy się wyplątać, ale było coraz gorzej. Doszły nas głosy naszych znajomych i wkrótce się pojawili. Stanęli jak wryci i nie wiedzieli o co chodzi. Popatrzyliśmy na siebie z Puppetee'rem i razem krzyknęliśmy..
- WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO HELEN!!! STO LAT!!!
Gapili się nadal na tę dziwną sytuację, ale załapali co się stało i zaczęli śpiewać Sto lat.
Jedyne o czym było warto pamiętać, to to, że Otis ściągnął maskę i na jego twarzy pojawił się piękny, szeroki uśmiech.
Zabawa trwała w najlepsze, gdy już nas rozplątali. Muzyka, gry, tona jedzenia.
Prezent specjalny miałam dać lub raczej pokazać Helen'owi ja. Ustaliliśmy, że zrobię to po przyjęciu, jak wszyscy się rozejdął.
Chciałam wyjaśnić pewną sprawę z Jeffem. Odciagnęłam go od , Maskyego i Bena. Odlożył picie i palną coś dziwnego.
- Oczywiście, że z tobą zatańczę. - Chwycił mnie jakby do tańca. - No co tam chcesz?
- Możesz mi wyjaśnić co zrobiłeś że mną w tamtym szpitalu?
- Ah, a Ty dalej o tym. Mówiłem, że musisz dorosnąć.  - obawiałam się, że mogło dojść do czegoś nieprzyzwoitego. -Przecież ja się nie całowałam, a co dopiero... Nie nie... 
Odepchnęłam go i cofnęłam się kilka kroków. Chyba zrobiłam bardzo zdesperowaną i nieco przestraszoną minę, chyba chłopak to dostrzegł. Podszedł i położył mi dłoń na głowie, usiosłam ją i patrzyłam mu prosto w oczy. Teraz miał spokojny wyraz twarzy, aż czuły. Nie wiedziałam co powiedzieć, czekałam na jego reakcję. Zbliżył się swoją twarz do mojej.
- Nie zrobiłbym Ci nic, co mogłoby cię zranić. Nigdy... Tego nie zrobię. - otworzył usta, żeby kontynuować, ale ktoś nam przerwał. 
- Przestańcie na chwilę randkować i jedzcie tort! - zawołał Slender. Speszyliśmy się  i poszliśmy coś zjeść. 
- Przyjdę potem do Ciebie. -  dodał uśmiechając się. - U mnie jest trochę bałagan. 
- Już się boję - czułam silny niepokój.
Posłuchaliśmy muzyki, wszyscy tańczyli i zajadali się no i pili. Zabawa była genialna, ale nadal przejmowałam się Jeff'em i tym, że uratowałam jakąś laske. Ona nawet nie podziękowała, aż tak się bała. Gdy inni się bawili, ja nie mogłam, zaczęłam sprzątać pudełka po pizzy. W miarę ogarnęłam i dalej sprzatałam szklanki. Cały czas po głowie chodziły mi męczące myśli. Westchnęłam i usiadłam na stole. Chłopcy grali w rugby. Nie mam pojęcia kto z kim grał, ani na jakich dokładnie zasadach grali. Chyba polegało na tym, że kto ma piłkę, obrywa od wszystkich. Czyjaś postać krzyknęła, że pasuje i szła w moją stronę. W ciemności wyglądał jak Masky lub Otis. Ale szedł tu Toby. Pomachał do mnie i usiadł tuż obok. Podałam mu wodę, bo był nieźle zmachany po meczu. 
- Jestem pod wrażeniem, każdy się świetnie bawi! Bloody Painter bardzo się cieszy... Jak nigdy. Myślę, że powinniśmy obchodzić urodziny, normalnie tego nie robimy. - posmętniał i łyknął picia.
- A kiedy ty masz urodziny? - spytałam cicho nieco się rumieniąc. Toby zadławił się wodą i wypluł ją.
- Oooo... Eeee... Haha... A czy to ważne?
- O-oczywiście, że tak.
- Ale nikt ich nie obchodzi. - zaśmiał się nie pewnie zaczesując włosy.
- To ja zacznę. - brakowało mi tchu z nerwów.
- Dziękuję... - powiedział cicho i zagapił się na mnie przez dłuższy czas. Nagle złapał mnie i przyciągnął do siebie, żeby mocno mnie przytulić. - 28 kwietnia.
- Zapamiętam. - odparłam i polożyłam mu swoją głowę na ramieniu. Chłopak zrobił na to samo. Nie wiem jak to wyjaśnić, ale potrzebowałam się do kogoś przytulić.
Gdy mnie puścił oboje spóściliśmy głowy. Nastała niezręczna cisza. 
- Słuchaj, Alice... Bo cały dzień... Chciałam... Szukałem cię... I chciałem spytać... - bardzo się jąkał - i jest dobra okazja, żeby spy.... - był cały czerwony, ale cały czas patrzył mi w oczy. Ściskał ręce, szybko oddychał, tak jak ja...
O co chodzi?! - chłopak głęboko westchnął.
- Jutro jest świetny film w kinie i bardzo chciałabym, żebyś poszła ze mną. - w końcu wydusił z siebie. Po czym bez cienia ulgi wpatrywał się licząc na odpowiedź. Momentalnie rozpaliłam się i nie wiedziałam co odpowiedzieć.

------------------------------------------------------
Niech będzie trochę romantycznie xd  heh
Bardzo bardzo bardzo przepraszam, że tyle czekaliście. 
Kolejny rozdział z Toby'm
Pozdrawiam Ola

piątek, 8 stycznia 2016

Rozdział 7

                 Po wyjściu z cyrku Alice uznała, że nie ma zamiaru mieszkać z mordercami. Okradła dom jakichś bogatych ludzi w mieście, przemolowała na blond i wyprostowała włosy. Kupiła niebieskie soczewki i trochę ciuchów. Jak najszybciej wyruszyła na lotnisko i kupiła bilet do Tokio. Zamieszkała w centrum miasta i znalazła przyzwoitą pracę. Ani Slender, ani jego mali pomocnicy nigdy nie spotkali już Alice.        
                                       Koniec

                    Rzeczywistość nagle mnie oświeciła. Zdałam sobie sprawę, że nie mam ani pieniądze, ani domu, oraz w dalszym ciągu nie wiem kim jestem. Postanowiłam wyjść z lasu i poszwędać się mieści. Nie znałam drogi do domu Slendera więc wolałam poczekać na kogoś kto mnie znajdzie. Lampy na oświetlały przedmieście, którego nie znałam, były moim jedynym towarzystwem. Przejrzałem się w jednym z samochodów, sama się przestraszyłam na swój widok. Maź,  ktorą poczułam na twarzy stała się rozmytym już mrocznym makijażem. Obmyłam twarz i dłonie z krwi w kałuży. Podarłam tiul w sukience, dzięki temu wyglądałam całkiem zwyczajnie. Bez celu przechadzałam się po mieście szukając sobie rozrywki. Moją uwagę zwrócił świecący się szyld "Night Club". Ominełam go, ale po chwili zawrociłam. 
Czemu by się nie zbawić? Chcę potańczyć! 
Tak się zaczęłam moją nocna impreza. W tłumie ludzi dopchałam się do baru. Bez dowodu sprzedali mi alkohol. Wypiłam kilka kieliszków i od razu poczułam się szczęśliwsza. 
- Za Clockwork i Jack'a! Chciałabym zapomnieć o tym koszmarnym dniu...
Następnie tańczyłam z jakimiś dziewczynami, trochę sama i z jakimiś chłopakami. Było miło, niestety co jakiś czas okropne myśli powracały. W takich chwilach pozwalałam sobie na kolejne trunki. Nie byłam jednak tak wielką desperatką, żeby upić się do nieprzytomności, zachowałam resztki rozsądku. Czułam się super, tak normalnie, jak zwykła, głupiutka nastolatka. Puszczali świetne kawałki do żywego tańca. Nie mogłam się oprzeć i po prostu, tańczyłam! Jakiś czas później póścili nową piosenkę Adele, Hello. Smutna schodziłam z parkietu i zmierzałam do barku. Nagle poczułam jak ktoś ciągnie mnie na sam środek i przytula. Nawet nie zdążyłam sprawdzić kto to, bo położył mi głowę na szyi.
- Proszę zatańcz ze mną. - powiedział, poczułam od niego alkohol. 
Eee co mi tam! - piosenka trwała, ja byłam, zadowolona tańczący z nieznajomym.
Połowa piosenki minęła, a ja za sobą usłyszałam.
- Dobra, koniec tego. - osoba pociągnęła mnie za ramię i prowadziła do wyjścia
- Nieeeeee ja chcę zostać! - zaprotestowałam lekko bełkocząc - nawet nie wiem ktoś ty! - zrobiłam obrażoną minę. Ktoś odwrócił się, ale ujrzałam tylko zakapturzonął postać.
- Chodźmy stąd - dodał spokojnie
- Ja dalej nie wiem kim jesteś! - zaśmiałam się nie wiedzieć czemu, po czym przysunęłam się do gościa i zwinnie ściągnęłam mu kaptur. Chłopak zrobił przerażoną minę i schował swoją twarz w moim ramieniu.
- Mi możesz się zawsze wypłakać , Jeff. - poklepałam go w ramię.
- Nie oto chodzi! - wyszeptał - tu jest za dużo ludzi, nie chcę, żeby ktoś mnie zauważył. - zaciągnął kaptur i wyprostował się - chodźmy stąd jak najszybciej. 
- Nieeee! - wyrwałam mu się - dopóki ze mną nie zatańczysz! - obruciłam się, chłopak poderwał mnie z ziemi i zarzucił sobie przez ramię.  - Cooo ty robisz?! Mieliśmy tańczyć!!! Jeeeeeff!!! - tłukłam go w plecy pięściami. 
Trzymał mnie przez całą drogę do nie mam pojęcia gdzie... Podśpiewywałam sobie cichutko piosenki Nirvany i rysowałam mu wzorki na plecach. Potem ze zmęczenia zasnęłam. 
- O mój żołądek... - zakasłałam budząc się, następnie przewróciłam się na drugi bok . Zwilżyłam usta śliną, usiadłam na łóżku i rozciągnęłam się. Coś mnie zapiekło. 
- Ał... ał... Ałałałałał! Piekła mnie klatka piersiowa, szybko odsłoniłam bluzkę i zobaczyłam wycięte malutkie serduszko na skórze. 
- Okey...okey... - powiedziałam poirytowana głośno i wzięłam ręce do góry. - wychodzę! - dodałam stanowczo. 
Chciałam otworzyć drzwi, ale ktoś zrobił to za mnie, przy czym nieźle przygrzmocił mi w czoło. Cofnęłam się i zaczęłam pocierać bolące miejsce. Buczałam zła i zdezorientowana. Usłyszałam piski. Do mojego pokoju wbiegła dziewczyna wyższa ode mnie, cała zapłakana. Miała śliczne, długie, rude włosy. Zamknęła drzwi i usiadła przy nich. 
- Yyyy cześć... - zaczęłam obojętnie na co ona się rozpłakała - Uspokój się...
- Tak się cieszę, że nie jestem tu sama! - zapiszczała, ewidentnie była przestraszona.
- O czym ty mówisz?
- Och rozumiem, dopiero się obudziłaś. Zaraz wszytko Ci opowiem, ale musisz zachować spokój. - ręce się jej trzęsły
- Ooo nie wiem czy dam radę... - ziewnęłam znudzona
- Jestem Alex - wstała z podłogi i z miłym uśmiechem podała mi rękę. 
- Eeeemmmm, jestem Kate... - palnęłam cokolwiek - tooo co się tu dzieje? - opadłam na łóżko.
- Och - mina jej zbladła - wczoraj wieczorem wracałam od chłopaka...
Fascynująca...
- I zobaczyłem jak ktoś niesie cię do opuszczonego szpitala psychiatrycznego na obrzeżach lasu. Postanowiłam go śledzić, bo wydało mi się to dziwne. Schowałam się za ścianą, kiedy koleś kładł cię tu. 
Gdy ściągnął kaptur... Ja... Ja rozpoznałam go! - rozpłakała się całkiem - To JEFF THE KILLER!!!
- Ona tak serio?
- On nas zabije!!!
- Aaaaa... To straszne - mruknęłam
- He he ja jestem bezpieczna. Jednak... Muszę udawać, że się przejmuję. 
- Czy on wie, że tu jestem?
- Tak... Przez kilka godzin uciekam mu po całym szpitalu! 
- Ohh biedna... - przytuliłam ją mocno
- A ty Jeff masz przewalone... Kto wie co mi zrobił jak spałam. - zacisnęłam pięść - ja już cię znajdę... I....i .... Dalej się pomyśli.
- Więc to jest szpital?
- Taaaak! - zaszlochała 
- Heh ambitne Jeff. Osobiście nie boję się lasu, czy domu opuszczonego, czy pełnego wariatów. Jednak panicznie boję się starych szpitali. Dziena Jeff. 
- Cóż. Nie możemy tu zostać.
- R-racja. 
Szłyśmy na paluszkach. 
Boję się szpitali. Białe, zimne płytki. Opuszczone pokoje. Krew na ścianach... Chwila... Co?! 
"Go to sleep"
"Jeff the killer"
- Jeff jesteś najgorszym pranksterem. 
Metowe łóżka szpitalne.
Szklane szafki.
Wszystko tu jest straszne i bezduszne. 
- Idę po ciebie Jeff... - to znaczy nie do końca. Ta dziewczyna ciągnęła mnie za rękę. Była taka zimna i przestraszona. Współczułam jej, chciałabym, żeby mogła uciec. Jednak wtedy zapewne nie wróciłabym do "domu".
- Nudy, nudy, nudy... - gadałam do siebie w myślach, gdy okrążałyśmy korytarz po raz setny. 
Zasypiałam na stojąco, gdy nagle usłyszałam pisk i zgrzyt. Chwilę potem ruda miała nóż w gardle. Odruchowo odepchnęłam ją i cofnęłam się kilka kroków. Zniesmaczona patrzyłam jak krew z niej wypływa. 
- Szukałem cię. - zza rogu wyłonił się Jeff - Jak miło, że wstałaś. - poklepał mnie po głowie -Wyspałaś się? 
- Co to jest?! - przerwałam, odsłaniając dekolt. Chłopak podrapał się po głowie i krzywo się uśmiechnął.
-  Nie wiem o czym mówisz... Jesteś płaska, nie masz się czym chwalić! - zrobiłam kwaśnął minę. - No co?! Przecież nie kłamię! - zaśmiał się, po czym wyciągnał nóż z ciała martwej już dziewczyny i machnął na mnie ręką. - No choć, zaplanowałem cóś na dzisiejszą noc, będzie hmmm.... Bardzo wesoło. 
- Ehhhhh... - spuściłam głowę i powoli sunęłam za chłopakiem, który wesoło pogwizdywał.
Po drodze szturchałam go, chciałam się dowiedzieć, co się stało, gdy zniósł mnie do szpitala. Na próżno. Uśmiechał się i kładł mi rękę na głowę.
- Jak będziesz dorosła to ci powiem. 
- Nie jestem dzieckiem. Przestań!! - na tym kończyła się dyskusja, chłopak wtedy zaczynał nucić pod nosem. 
- Nauczę cię jak zabijać w stylu Jeff'a. - wypiął się dumnie i wskazał kciukiem na siebie.
- Aaaa... Fajnie...
Boże... Jestem taka głodna!!!
Uś-miech-nij się! Trochę więcej entuzjazmu! - zawołał i popukał mnie w czubek głowy. 
- Nooo dobra - powiedziałam odniechcenia i Jeff pomógł mi zgrabmnie wskoczyć przez okno do jakiegoś domu. Weszliśmy do salonu.
- Chodź za mną, musisz być bardzo bardzo cicho. A teraz patrz i ucz się. -.wyazeptał i szedł po schodach na górę. Był dosłownie niesłyszalny. Szłam za nim, ale w połowie drogi na górę zawróciłam na dół w poszukiwaniu kuchni. Ci państwo mieli lodówkę XXL, po brzegi i wypełnioną jedzeniem. Potarłam ręce i zaczęłam zajadać się zimną piszą. Potem zabrałam melona, rozcięłam na pół i drążyłam łyżeczką. Usiadłam przy stole i machałam zadowolona nogami. Nagle usłyszałam głośne kroki na schodach. Zerwałam się przewracając krzesło i przycinągnęłam owoc do siebie. 
- Alice!? - rozległ się jakby zmartwiony krzyk Jeffa i wbiegł do kuchni. Popatrzył na mnie i walnął się w czoło.
- No co? Głodna jestem! -.zawołałam z wypchaną buzią
- Co ty robisz?!
- Jem!
- Dlaczego?! 
- A co? Martwiłeś się? - uniosłam kilka razy brwi.
- N-nie. Wychozimy stąd. 
Następny dom był kilka kilometrów dalej. Weszliśmy tylnym wejściem przez kuchnię. 
- Chcesz coś jeszcze zjeść? - spytał ironicznie.
- Co, co? Aaa nieee, już się najadłam. - uśmiechnęłam się pogodnie. 
Złapał mnie za rękę i pociągnął do pokoju, gdzie spał jakiś nastolatek. 
- Parz i ucz się. - zaczął i wyciągnął swój ukochany nóż.
Patrzyłam przez chwilę jak Jeff zakrada się  do chłopaka. Moją uwagę jednak przykuł regał obok okna. Gość miał niesamowitą kolekcję komiksów Batmana. Nie mogłam się powstrzymać, na mojej twarzy pojawił się wielki uśmiech. Czytałam z wielkim zacieszem "Batman under the red hood" i dosłownie rozpływałam się. Nagle poczułam dłoń na ramieniu.
- A-alice! - krzyknął przyduszonym głosem 
- Chwila...
- Co ty robisz?! 
- Chwila, czytam. - Spojrzałam na niego, a on skarcił mnie, udarzając lekko w głowę innym komiksem. 
- Idzemy. 
W kolejnym domy, Jeff kazał zostać mi na korytarzu, na chwilę. Mnie oświeciło, że gdzieś teraz leci w TV, "Harry Potter i książę półkrwi". Kocham Malfoya, dlatego rozsiadłam się w kanapie i oglądałam. Po jakichś Dwudziestu minutach, ktoś pociągnął mnie za ucho i ciagnął do wyjścia. 
- Ał ... Ał... Ałałałałał... Tooo booli. - zajęczałam
Szliśmy sobie przez osiedle. Cały czas podśmiewywałam się z Jeffa. On zaczął mnie dusić i trzeć pięścią głowę. Nasz spacerek przerwał, blask świateł od auta. Zobaczyliśmy, że na dachu samochodu stoi i się święci kogut. Z pojazdu wybiegli policjanci i mierzyli w nas bronią. Chyba ktoś zdarzył się zorientować, że sławny Jeff the Killer biega po osiedlu i zabija.
- To twoja wina Jeff.
- Co?! Nie!!! - machnął rękami oburzony - Wiej!!! - pociągnął mnie za rękę i biegł w stronę lasu. Słyszeliśmy strzały i syrenę. Jeff był w stu procentach poważny za to ja nie mogłam przestać się śmiać. Zatrzymaliśmy się dopiero głęboko w lesie, gdy się upewniliśmy, że nas nie ściągajął. Dyszałam ze śmiechu i za zmęczenia, Jeff co jakiś czas bił mnie rozbawiony po głowie. Cieszyłam kiedy mogłam paść na kanapę w salonie.  
Jeff oznajmił, że idzie się umyć i przebrać, coż był cały we krwi...
- Emmmm.... Alice - stanął w połowie schodów i zaczął - trochę cię nie było i tak właściwie to co się stało z Laughing Jack'iem i Clockwork?
Leżałam i zastanawiałam się o czym mówi do mnie Jeff. Nagle oświeciło mnie.
- Łoooooooooooo! - usiadłam gwałtownie i spojrzałam na Jeffa, z dziwnego powodu zaczęłam podśmiewywać się pod nosem. - N-nie mogę! - śmiałam się - P-poczekaj, bo walnę! - Dosłownie popłakałam się ze śmiechu na samą myśli o tej dwójce w malej, ciasnej klatce pod napięciem. Jeff popatrzył na mnie, usiadł na schodach i roześmiał się na cały dom.

------------------------------------------------------
Podoba się?
Sorki za błędy :/
I oczywiście Pozdrawiam, Ola ❤

wtorek, 5 stycznia 2016

Rozdział 6

              Otworzyłam ospale oczy, starałam się zmienić niewygodną pozycję. Gramoliłam się, jeszcze i nie do końca zdawałam sobie sprawę z tego, gdzie się znajduję. To było ciasne miejsce, pręty gniotły mnie w plecy.  
- To klatka! -zawołałam
- Jesteś bardzo spostrzegawcza! Witam cię wwwwwww.... - z nikąd dobiegł mnie dźwięk fanfar - Cyrku Roześmianego Jack'a! Panie i Panowie dziś czeka nas moc atrakcji i zabaw! - Clown obracał się wokół własnej osi i dostojnie wymachiwał rękoma - no, no, no nasza główna atrakcja troszkę długo spała, ale to nic! Zaczynajmy! 
Moja sytuacja wyglądała tak; Znajdowałam się w jakimś starym cyrku, zawieszona w ciasnej klatce, bardzo wysoko. Na twarzy miałam jakąś maź. Byłam ubrana w cyrkową sukienkę. Była czarna na ramiączkach z dekoltem w serek. Dół był jak u baletnicy, duży i roztrzepany. Do tego rękawiczki, grubsze podkolanówki i czapka jak u elfa tylko z dwoma ramionami. Cały komplet utrzymywał się w kolorach czarnym i białym. 
Przynajmniej coś nowego... - pomyślałam ironicznie.
- Nie mam pojęcia co na dzisiaj wymyśliłeś, ale nie mam zamiaru brać w tym udziału. - krzyknęłam do postaci w dole.
- C-co? - udawał zmartwionego - Ale spójrz jaką masz widownię! - krzyknął z areny cyrkowej. 
Spojrzałam w dół, próbując dostrzec co tam się wyprawia. W słabym świetle ujrzałam miejsca na widowni częściowo zapełnione. 
- Jak Ci się podobają nasi goście! Nie chcieli przyjść, więc ściągnąłem ich siłą! - zaśmiał się psychopatycznie. Faktycznie byli tam ludzie, a raczej ich pozostałości... Z nich pozostały jedynie straszne szczątki. Nigdy nie widziałam tak zmasakrowanych ciał. Zasztyletowane, porozdzierane i pozbawione wnętrzności zwłoki ludzi w każdym wieku, od malutkiech dzieci po osoby starsze. Obleciał mnie strach, poczułem jak zbiera mi się na wymioty.
- Jesteś chorym idiotą!- zdołałam wybełkotać.
- No wiesz -zaśmiał się - nie możesz mnie tak obrażać! Czaka cię tudududuuuu kara! - krzyknął wściekły, podbiegł do jakiegoś łańcucha i go pociągnął, a następnie puścił. Moja klatka i ja gwałtownie spadałam. Szybko złapałam pręty i zacisnęłam oczy i wargi. Próbowałam mocno się trzymać. Byłam pewna, że z impetem walnę o grunt, ale tak się nie stało. Zawisłam około metra nad ziemią, ciężko sapałam. Rozglądałam się jednocześnie rzucając się po całej klatce. 
- Eeej uspokój się, bo kolejny upadek nie będzie taki udany. A teraz pośpiesz się - mówiąc to wyszarpał mnie z klatki, a następnie rzucił na ziemię. 
- Zapraszam, idź w stronę drabiny. - zawołał wesoło, ja skinęłam przecząco głową - Nie? JAK NIE!!! - krzyknął i wyciągnął zza pleców gruby, skórzany bicz i uderzył nim obok mnie. 
- Wow wow wow... - krzyknęłam zasłaniając się rękoma - a jeśli nie?
- Mam jeszcze więcej takich zabawek - dla przykładu wyciągnął pistolet i pomachał nim - To niesamowite czego to ludzie nie wymyślą! - Strzelił nim kilka krotnie w górę. Głuchy strzał przeszył ciszę. Odruchowo zatkałam uszy. - Alice... A- albo nie! Tu będziesz nazywać się eee... Laughing Alice! 
- Co za oryginalna nazwa - mruknęłam przewracając oczami.
- ZAMKNIJ SIĘ!!! I RUSZ DUPĘ NA LINĘ! - wydarł się bez opamiętania i nagle się uspokoił - No już szybciutko! Chyba nie chcesz rozczarować naszych gości! - wskazał na zmasakrowane ciała. Przełknęłam silnę i postanowiłam, że przez jakiś czas będę robić co mi każe. Wspięłam się po chudej, bardzo wysokiej drabinie, starałam się nie patrzeć w dół. 
- C-co mam teraz robić? - krzyknęłam niepewnie.
- Oh, wszystkiego trzeba cię nauczyć! - po tych słowach zaklaskał w dłonie i po chwili ciszy na arenę w rządku  weszły dzieci. Jedno za drugim, szły jak na śmierć, zahipnotyzowane z pustymi, szklącymi się oczami. 
Co tu się dzieję?! 
- To moi mali pomocnicy, pokażą ci co masz robić. - warknął sucho.
Znów klasnął i piersze dziecko wdrapało się po drabinie i po chwili stanęło obok mnie. Nawet na mnie nie spojrzało i na kolejne klaśnięcie  Laughing Jack'a weszło małymi stupkimi na linę. Zrobiło dwa kroki, straciło równowagę i runęło w dół. Jego małe ciałko roztrzaskało i roplaskało się o powierzchnię areny. Krew trysnęła na dzieci stające obok Laughing Jack'a. Mroczny Clown klasnął przeszczęśliwy w dłonie i kolejne dziecko weszło do mnie na górę. Stało się to, co przed chwilą, kolejne ciało spadło i roztrzaskało się na placek krwi. Nie mogłam ruszyć się z miejsca, moje ciało było doszczętnie sparaliżowane. Patrzyłam jak kolejne dziecko wchodzi na linę i spada, by już nigdy nie wstać. Kolejne i kolejne. Chciałam zejść z drabiny, ale przejście blokowały małe zombie. Nie wiem ile ich spadło, na dole było już za dużo krwi i porozrywanych ciał. 
- Dość... Proszę... - westchnęłam.
- Co mówisz? - zaśmiał się po czym kolejne dziecko spadło.
- KONIEC TEGO! - Clown klasnął i ostatnie dziecko, które kierowało się w stronę liny zwróciło. Wydawało mi się, że zejdzie po drabinie, ale... Spadło. Wstrzymałam oddech i zasłoniłam oczy i wypuściłam ostatki powietrza. 
- Uuuupppssss... Dobra! Twoja kolej! 
- Chyba żartujesz...
- RÓB CO MÓWIĘ! - wydarł się po czym rozległ się huk z pistoletu. 
Weszłam na linę, ręce, nogi i szczęka trzęsły się bez opamiętania. Nie patrzyłam w dół... Wdech i wydech... Wdech i wydech... Nie poszło mi lepiej niż dzieciom, spadłam natychmiast. Próbowałam się ratować łapaniem liny. Ostatecznie zawisłam do góry nogami, a rękami przytrzymywałam sukienkę, by zasłonić bieliznę. Natychmiast się zaczerwieniłam. Wisiałam tak dobre kilka minut, krew całkowicie spłynęła mi do głowy przez co kręciło mi się w niej i miałam problemy z oddychaniem. 
- Zamiast świecić dupą weź się do roboty?!
Jakie to żenujący... - byłam bliska łez - nie, nie, nie... Damdam radę!
Nie wiem czego się spodziewałam, chyba, że nagle nauczę się chodzić po linie. Kolejna porażka czekała zaraz po tym jak wstałam i zrobiłam pierwsze kroki. W pierwszym momencie wiedziałam, że to koniec. 
Zaraz skończę jak te dzieci... - zamknęłam oczy licząc w spokoju na upadek.
Nie żebym się zawiodła, ale poczułam uderzenie w brzuch, zmieniło ono mój tor lotu. Wznosiłam się.
Trapez! - krzyknęłam w myślach otwierając oczy - Ale jak?! 
- No, no, brawo, brawo! A myślałem , że już po tobie! Może coś z ciebie będzie.
Trapez wydawał się bezpieczniejszy, kołysałam się niczym na huśtawce. Jedynym utrudnieniem, było przeskakiwanie na drugi. 
To było takie monotonne... Całkowicie straciłam poczucie czasu. Mogłam przemyśleć jak się wydostać stąd oraz jak pozbyć się tego typa. Szczerze go nienawidziłam, za każdą śmierć, ktorą zadał dzisiaj, a wściekłość wzrastała z każdą chwilą. 
- Dobra dość! - wrzasnął, wyciągając pistolet - Nudzisz mnie... - strzelił... Ale nie we mnie, tylko w sznur trzymający trapez. Teraz spadałam, nie mogłam nic zrobić, zasłoniłam jedynie twarz i przykuliłam nogi do ciała.
W życiu nie czułam się dziwniej. Poczułam gwałtowne zatrzymanie, jak w windzie, tylko mocniej. Otworzyłam przerażona oczy, zawisłam dosłownie kilkanaście centymetrów nad ziemią... Nad jednym z ciał. Silnie skręciło mnie w żołądku i zwymiotowałam. Moje ciało, było zmęczone... wycięczone... do niczego...
- O bleeee - skomentował żartobliwie i bez najmniejszych skrupułów L.J. Miałam ochotę go zatłuc - Mogłaś się powstrzymać!
Nie miałam ani chwili wytchnienia, nie wiedziałam, dlaczego świat tak szybko się kręcił. Gdy przestał, zorientowałam się, że znajduję się na kole, w które rzuca się nożami. Doszłam sama, że gram ofiarę zdaną na łaskę rzucającego. Naszło mnie znów na wymioty, jednak powstrzymałam się ledwo, ledwo... 
Patrzyłam na czarno białą postać zimnymi oczami, gdy podszedł, by wyjąć noże. 
- Nooo uśmiechnij się! - Nie miałam jednak siły.
Kolejna tura przyniosła mi draśnięcie poniżej oka. Następna nic. W końcu straciłam rachubę.
- Tu jesteście!!! - zawołał ktoś w momencie, gdy moje ręce i nogi miały kilka draśnięć, a mózg przestał działać.- Wszyscy was szukają! - głos był rozbawiony - No nieźle! To najlepszy widok jaki zobaczyłam od kiedy się tu pojawiła!!! Pozwól, że się rozsiądę!
- Nie zamierzasz mi przeszkodzić?- zdziwił się Clown.
- Nie, spoko... Kontynuuj! To genialna rozrywka!
- Dzięki Clocky.... - odparł sucho.
Z przerażeniem spojrzałam na nowego widza. To faktycznie ona. Jej zadaniem zapewne było mi pomóc, a ona cieszy się moim cierpieniem. Liczy zapewne na moment kiedy padnę i powie, że nie zdążyła mnie uratować!
- O nie...  - byłam wściekła, byłam gotowa zaryzykować i ich zaatakować. Adrenalina wypełniła moje żyły.
- Co tam mamroczesz? - zawołał Jack.
- Chciałabym spróbować czegoś nowego... Chciałabym żonglować.
- Hmmm... Mam tylko noże... Ale jeśli nalegasz.
Idealnie!
Rozkuł mnie.
Podał noże.
Clockwork patrzyła z pogardą i wyższością.
Mam dość...
Zaczynaj - klasną w dłonie i cofnął się kilka kroków. Nieudolnie podrzuciłam nóż, który upadł w piach. Clockwork zaśmiała się.
- No nie, ale jesteś łajza. - chłopak podszeł do mniei walnął z liścia w twarz, a sam schylił się po nóż. 
To był mój moment.
Czas jakby się zatrzymał.
- Dam radę...
- Dam radę!
- DAM RADĘ!
Uniosłam nad głowę jeden z pozostawionych mi noży i wbiłam go w blade ciało. Po chwili krew rozbryzła się na około metr. Powtórzyłam pchnięcia trzy razy, nie panowałam nad sobą, tak bardzo pragnęłam go zabić. Kątem oka dostrzegłam dziewczynę z zegarkiem zamiast oka. Walnęłam L.J'a w kark. Na szczęście trafiłam w odpowiednie miejsce i zemdlał. Z dzieczyną nie męczyłam się długo, kilka skutecznych ciosów pięściami w głowę czy brzuch i już była nieprzytomna. 
Nie zwlekając zaciągnęłam ciała do klatki, którą dość szczelnie owinęłam cienkim drutem , który znalazłam obok areny. Po pół godzinnym obchodzie cyrku znalazłam w jednej ze starych klatek po zwierzętach kijek. Nie taki zwykły... Był to działający paralizator. Pobiegłem pod klatkę... On już nie spał i patrzył na mnie z nienawiścią.
- Co tu się dzieje? -spytał słodko.
- Żebyście nie próbowali uciec, zrobię wam milutką klatkę pod napięciem. Jak wiesz metal przewodzi doskonale prąd, a jest go dość dużo. Przy odrobinie szczęścia, może się usmażycie. 
- Powaliło cię! - wydarł się niespodziewanie i szybko złapał Clockwork na ręce i ustawił się tak, by żadno z nich nie dotknęło ani klatki, ani cienkiego drutu, który zmniejszał im pole manewru. Włączyłam narzędzie i zablokowałam, by raziło cały czas, następnie najzwyczajniej w świecie postawiłam rażącą część przy jednym z prętów. Pogodnie się uśmiechnęłam, natomiast Jack patrzył z przerażeniem.
- P-porsze wróć - szepnął na co ja śmiałam się jak wariantka.
Gdy wyszłam z namiotu, zastała mnie noc. 
Zaciągnęłam się świeżym powietrzem i spojrzałam na swoje zakrwawione dłonie.
- Jestem wolna - wyszeptałam patrząc na gwiazdy - jestem naprawdę wolna...

----------------------------------------------------

Ciężko było mi zebrać się do kupy i to napisać... To przez szkołę :'(  Jak widać, ten rozdział był na poważnie, czasami trzeba być poważnym :p Ale następny będzie już śmiechowy. 
Ale jest! I jak? 
I mam pytanko... Wiem co się stanie z Alice jak gdzieś pójdzie. To będzie chwilowe (kilku godzinne) miejsce pobytu. Tylko nie Wiem co to za miejsce może być: jakaś impreza, szpital no nwm... Napiszcie w komentarzach miejsce, do którego Alice się uda(dosłownie na chwilę), a ja już wymyślę co tam się wydarzy. 
Z góry dziękuję!
Sorki za błędy.
Pozdrawiam Ola ❤

piątek, 1 stycznia 2016

Rozdział 5

                  Była to jedna z bardziej specyficznych postaci.  Miał zwykłą bluzę i jeansy, ale twarz dość niejasną. A dokładniej była ciemna, czarna jakby maska, ale tak naprawdę jego twarz była czarna. Nie, nie, nie... Nie miał czarnej twarzy, była ukryta w głębi kapturka, który dokładnie ją zakrywał. Jego oczy błyszczały krwawą poświatą, tak samo uśmiech przeważnie ułożony w smutny wyraz. Badawczo mu się przyglądałam. Chyba poczuł się niezręcznie, może nawet bardzo. 
- Eee... Mam coś na twarzy? - spytał spokojnie, ja gwałtownie się cofnęłam. 
- Czy to podchwytliwe pytanie?!
- Nie, nie wszytko jest dobrze.
- Może chciałabyś spędzić jutrzejszy dzień ze mną? - Nie mogłam mu odpowiedzieć, bo kichnęłam. Akurat wtedy, nastała cisza pośród całej tej gromady. Patrzyli na mnie rozbawieni.
-  No co tylko kichnęłam!
- Kichasz jak kot. - palną Jeff
- Kichasz jak kot eneneneenneenenenen - bełkotałam pod nosem i zsunęłam się na podłogę z sofy.
- No i co ty robisz?- ciągnął
- Idę spać, źle się czuję.
- Go to sleep- wyszczerzył się od ucha do ucha. Ja zmarszczyłam oczy i pokiwałam przecząco głową.
- Hoody, ja nie czuje się zbyt dobrze...
- Właśnie widzę, choć na chwilę do mojego pokoju, dobrze? - popatrzyłam na niego z ukosa - Haha spokojnie, nie jestem Jeff'em.
- Przekonałeś mnie. - powoli poszliśmy do pokoju o ładnym, brązowym kolorze.
- Wejdź proszę - wpuścił mnie i zamknął drzwi. Znalazłam się w bardzo przytulnym miejscu. Było tu czysto i jasno. Hoody miał dużo książek i pistoletów.
- Co kto lubi. - wzruszyłam ramionami
- Usiądź proszę, mam tu coś, co bardzo szybko postawi Cię na nogi. - mówiąc to wyciągnął z pod łóżka pokaźną apteczkę.
- Po co Ci taka duża, masz tam całe wyposażenie karetki? - uśmiechnęłam się
- Bardzo często muszę opatrywać Masky'ego kiedy wracamy z jakiejś misji. Praktycznie, to opatruję każdego. Ale wolałbym, żebyśmy niezbyt często tak się spotykali.
- Nie rozumiem...
- Jeśli już muszę komuś pomóc, to ten ktoś przychodzi z bardzo ciężkimi ranami.
- Kto był ostatnim pechowcem?
- Ostatnio padło na Jeffa, a kilka dni wcześniej, byłaś ty.
- Naprawdę?!
- Tak, masz bardzo poranione plecy, prawda?
- Zgadza się, w takim razie bardzo dziękuję!
- Ooo... Emm... N-nie musisz!
- Bardzo dziękuję...
- Alice...
- Dzię- ku-ję! - zawołałam radośnie
- Oj już dobrze - zrobiło mu się głupi - A tak właściwie, to jak to się stało?
- Ja... Ja nie wiem... - nagle spoważniałam, zrobiło mi się jakoś dziwnie.
- Nie wiedziałem, wybacz.
- Nie masz za co.
- Przepraszam
- Ok...
- Przepraszam.
- Hoody!
- Przepraszam!
- HOODY! - śmiałam się - już rozumiem!
Przed wyjściem z jego pokoju, podał jakieś tabletki, kazał wypić i od razu iść spać. Podziękowałam tylko raz i od razu padłam do swojego łóżka. Rano obudziłam się wypoczęta i pełna sił. Nie widziałam co mi podał, ale czułam się super. Po przebraniu się, usłyszałam pukanie. Hoody powiedział mi przez drzwi, że będzie czekał na mnie za domem. I tak zrobiłem, zabrałam się szybko i wyszłam.
Czekał na mnie z tym samym smutnym wyrazem twarzy.
- Hej, cieszę się, że cię widzę. - zaczął.
- On się cieszy... - zrobiłam głupawą minę
- O-ooo emmm... Może tego nie widać, ale serio się cieszę.
- Rozumiem, co chcesz robić?
- Pewnie tu zostaniesz.
- Hmm... Pewnie...
- Więc, chyba trzeba nauczyć cię walczyć. Z nami znajdziesz się w wilu eee... Nietypowych sytuacjach i nie zawsze, będzie mógł Cię ktoś obronić.
- Super, dzięki!
Hoody pokazał kopnięcia, uniki, bloki i ataki. Zeszło nam trochę, ale to nie było męczące. Ten trening, był dla mnie raczej przypomnieniem. Z jakiegoś powody potrafiłam te ruchy. Okazało się, że nie jestem taka beznadziejna jak myśli Clockwork.
- Wow - sapnął Hoody i oparł się o kolana - chyba naprawdę jesteś Shadow...
- Kto to jest Shadow?! - postanowiłam nie poruszać tego tematu, tylko się uśmiechnęłam. Moim ulubionym ruchem, był cios z łokcia w brzuch w momencie, gdy przeciwnik trzyma cię od tyłu.
- No dobra, zobaczymy czy faktycznie jesteś taka sprytna. - i pobiegł w stronę lasu. Zobaczyłam jak wspina się na jedno z drzew i jak jakaś kangur skacze z gałęzi na gałąź.
- Co ty robisz! - zawołałam podekscytowana i złapałam się za głowę. - Złap mnie! - zawołał oddalając się
Chciałam wdrapać się na drzewo, ale cały czas spadałam, postanowiłam gonić go z ziemi. Zaszyłam się bardzo głęboko, ale nikogo nie znalazłam.
- Ok, Hoody!!! Wygrałeś!!! Pokaż mi się!!! HALO!!! HOODY!!! HALO!!! GDZIE JESTEŚ?! - wolałam go, ale na darmo. Spacerowałam spokojnie i dokładnie przyglądałam się koronom drzew. Wiał miły ciepły wiatr, zaciągałam się świeżym powietrzem, ptaki śpiewały, a słońce miło przygrzewało. Odwróciłam się dopiero, gdy za moimi plecami głośno pękła gałąź. Zadowolona odwróciłam się w stronę dźwięku, licząc, że Hoody odpuścił berka na drzewach.
W moją stronę rozpędzone biegło wielkie, białe monstrum. Nogi i ręce miał dziwnie powyginane na boki jak u małpy, dzięki czemu biegł z zawrotną prędkością. Kosciste, nagie ciało wielkimi susami zbliżało się do mnie.
- He... He... - zaśmiałam się słabo, nadal stałam w miejscu, postać nie zwalniała. Wyszczerzyła ostre, białe zęby i wydała z siebie ryk lub syk. Dostrzegłam długie szpony na zakrwawionych  dłoniach. Czarna oczy wprost mówiły mi: ZABIJĘ CIĘ.
- O fuck... - zapiszczałam i jak poparzona zerwałam się do ucieczki, popiskiwałam i klęłam pod nosem co jakiś czas. Kiedy brakowało mi sił lub chciałam się obrócić i sprawdzić gdzie jest on dosłownie siedział mi na karku. Oddychałam bardzo szybko i jeszcze szybciej przebierałam nogami. Przed sobą ujrzałam strumyk, starałam się wsakakiwać na kamienie i jakoś się udało, potwór jednym susem przeskoczył wodę co sprawiło, że z piskiem i z wymachem rąk skręciłam w lewo.
- Iiiiiiiiii - panikowałam, czując na sobie oddech potwora - c-co robić?! - dyszałam.
Znów napotkałam przeszkodę na swojej drodze, to był mały pagurek, był bardzo stromy, więc szybko się zsunęłam i przyległam do zbocza. Ze strachu zatkałam sobie usta dłońmi.
Liczyłam, że zgubiłam potwora. Serce mi się uspokoiło, a głowę oparłam o  piach. - - Wdech i wydech. Wdech i wydech. Spokojnie... Znajdę Hoody'iego i on mi pomoże. Spokojnie. Spokojnie.
- Spokojnie!!!! Aaaaaaaa!!!! - piszczałam jak głupia i zerwałam się na równe nogi, gdy stwór przeskoczył nade mną, odwrócił się, spędzając mnie w kozi róg. - Iiiiidź sobie!!!!
Wyskoczyłam z gąszczu na małą ścieżkę, było mi łatwiej biec. On zrobił to samo i był coraz bliżej i bliżej. Sięgał po mnie bladymi szponami.
- Nieee!!!! - darłam się dość i panikowałam. Biegnąc złapałam kij i udało mi się w niego walnąć. Gość syknął i oparł się o drzewo, pocierał bolące miejsce.
- Uhu!!! - krzyknęłam z radości i podskiczyłam w biegu. Nie przerwałam biec dopóki potwór nie zniknął mi z oczu. Spanikowana rozglądałam się czy wokół mnie tego czegoś nie ma. Chciałam wołać o pomoc, ale mogłam zostać dorwana. Zza zakrętu na tej samej drodze dostrzegłam czyjąś wyprostowaną sylwetkę. Zaczęłam biec w ta stronę. W końcu ujrzałam kto to.
- TOBY!!! TOBY!!! - biegłam jak oszalała w jego stronę. On nagle się zatrzymały i też zaczął biec w moją stronę.
Złapał mnie w biegu w tali a ja oparł się o jego klatkę piersiową i spuściłam głowę. Dyszałam przenikiwie, nie mogłam złapać oddechu. Trochę się usokoiłam w jego objęciach. Uniosłam głowę, chłopak zsunął chustkę i gogle i patrzył na mnie badawczo.
-  Toby!! Szybko musimy stąd iść! Szybko!!! - krzyczałam przestraszona - Musimy się ukryć!!! - pociągnęłam go za rękę, do dużego drzew . Schowaliśmy się za nim.
Nieco się uspokoiłam, zamknęłam oczy, oparłam się o drzewo i próbowałam się uspokoić. Nagle poczułam oddech, bardzo ciepły oddech przy swojej twarzy. Powoli otworzyłam oczy i zobaczyłam twarz Toby'jego tuż nad swoją. Jedną rękę miał tuż nad moją głową i opierał się na niej, drugą sięgnął do mojej twarzy. Przejechał mi palcami po policzku i odchylił  delikatnie i powoli moją brodę. Lekko przycisnął mnie swoim ciałem. Przybliżył się do moich ust i bacznie mnie obserwował. Policzki i reszta ciała momentalnie stały się gorące.
Dosłownie mnie zamurowało, dostałam ZNÓW palpitacji serca. Nie mogłam zareagować, bo... No cóż dosłownie zmarłam.
Był coraz bliżej, miał mnie...
- TO ON!!!! - krzyknęłam, gdyż kątem oka dostrzegłam białego potwora i wyrwałam się Toby'iemu ze strachu. - ZNALAZŁ MNIE!!! TOBY!!! - chwyciłam pierwszy lepszy kij, stanęłam w pozycji obronnej, gotowa walnąć stwora. Przede mną pojawił się brunet, dotknął mojej ręki i kazał zostawić kij.
- Co?!
- Spokojnie - zaczął aksamitnym głosem - Rake to Alice, mieszka z nami jest naszą przyjaciółką, nie możesz jej nigdy zabić, bo ja cię zabiję. - stwór krzywo popatrzył na mnie, machnął łapą i uciekł.
Toby dalej stał tyłem, zaśmił się i potargał sobie włosy. Odwrócił się do mnie i szybko się zbliżył. Wziął ręce do tyłu i z wielkim uśmiechem popatrzył na mnie.
- Co się mówi.
- D-dziękuję. - powiedziałam cicho, zrobiłam się cała czarwona na myśl co prawie się przed chwilą stało.
- Rake wracaj!!!! - pomyślałam, gdy Toby zaczął mi się przyglądać
- Nic ci nie j... - pytał z troską i wyciągał w moją stronę rękę... Nie dokończył, bo znów usłyszałam trzask gałęzi, tym razem z góry.
Na Toby'iego spadł Hoody...
- Alice!!! On cię gonił!!! - dyszał głośno - zgubiłaś się! Szukałem cię!!! I jak znalazłem to gałąź pękła!!!! Spadłem!!!!
- Wiem, że spadłeś!!! - zrobiłem zszokowaną minę i położyłam rękę na głowie.
- He?
- Zgniotłeś Toby'iego!!!
- Co?!
- Wstań z ziemi!!! - wstał i popatrzył na nieprzytomnego.
- O matka...
- Oooo nie jest dobrze... - Hoody zarzucił sobie, go na plecy i po chwili, byliśmy pod domem. Położył mi go na kolana, a sam pobiegł po Masky'iego.
- Co jest? - spytał spokojnie
- Chyba go tak trochę zabiliśmy...- mruknęłam
- Co?! - zawołał zadowolony i kucnął przy nim, mierzył puls. Nagle posmutniał.
-  On żyje... Zawołajcie mnie jak serio umrze - i poszedł
- A-Ale! WTF?!
- L-luzik on go troszkę nie lubi... Z resztą sama zobaczysz. To może wnieśmy go... - Nie dokończył, bo chłopak zaczął się krzywić i otworzył oczy. Szybko się nad nim nachyliłam.
- Toby! Jak się czujesz?! - położyłam mu swoją dłoń na czole pytając czule.
- Ymm... - uśmiechnął się pogodnie - mógłbym budzić się tak codziennie.
- Nic mu nie jest... - mruknęłam do Hoody'iego
- Właśnie widzę - dodał tym samym obojętnym tonem - Taaaa... Chodźmy zjeść sernik... O ile Masky nam coś zostawił.
Wstaliśmy i zostawiliśmy Toby'iego na ziemi.
- Emmm Alice? Możesz tu wrócić? Aaaalice?
Sernik poprawił nam humor, pogadałem jeszcze z Hoodym. Obiecał, że nauczy mnie wspinać się na drzewa. Idąc do swojego pokoju, przed snem zauważyłam że, na drzwiach wisiał cyrkowy plakat. Odczepiłam go i ledwo co zdążyłam przyczytać treść, poczułam silne uderzenie w tył głowy.

--------------------------------------------------------------

No tak, więc napisałam i nie wiem co wyszło xd chyba łatwo się domyślić z kim będzie kolojny dzień hmm?? Jak akcja z Toby'm? ^^
Także sorki za błędy i
Pozdrawiam Ola ❤